| < Styczeń 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
RSS
czwartek, 19 stycznia 2012
Czy będę ciągał coś na haku?

- Czy będzie pan coś woził na haku? - spytał mnie facet w warsztacie. Energicznie pokręciłem głową dodając, że to automat. Wtedy wbił mi pieczątkę i dodał - Tył jest kompletnie skorodowany i hak po prostu odpadnie, połataliśmy jeszcze nadkola, ale podłoga jest w takim stanie, że jeszcze 3 lata pojeździ i nie będzie czego łatać.

Tegoroczny przegląd SAABakumki był jednocześnie ogłoszeniem fazy terminalnej. Owszem - wiedziałem w chwili zakupu, że przedni prawy błotnik nadaje się tylko do wymiany, ale był bity, więc rdza była naturalną tego konsekwencją. Od dołu tez obejrzałem ino progi. Teraz już wiem, że kupiłem za cenę nie okazyjną, ale po prostu uczciwą. Ale ococho?

Jak na limo przystało SAABakumka kursowała przez lata między hotelem i i lotniskiem gdzieś w Reichu. Potem przybyła do PL, konkretnie do Wawy i tutaj już pozostała, regularnie i obficie konserwowana solą. Skutki tej konserwacji powodują, że to nie silnik mający na karku 350k km, nie zawieszenie często remontowane wskutek kontaktu z krajową siecią dróg, ale właśnie blachy doprowadzą w perspektywie kilku lat SAABakumkę na złom.

Jednego nie potrafię zrozumieć: Po co? Po co te tony soli, które w żaden sposób i nikomu nie pomagają? Śnieg udeptany i zasypany piaskiem jest przecież wygodniejszą powierzchnia do chodzenia (i ciągnięcia sanek), a białe drogi przy średniej warszawskiej prędkości w szczycie spokojnie wystarczają do sprawnego i bezpiecznego poruszania się (z wyjątkiem Tamki, gdzie ikarusy czasami zjeżdżają wbrew rozkładowi). Przy tym po roztopach miasto nie wygląda jak po zastosowaniu gazów bojowych, czyli z wypaloną do gruntu (i wraz z gruntem) zielenią. Od chwili, gdy sprytne samorządowe umysły wpadły na pomysł doprawiania śniegu przestałem lubić zimę. Z przyczyn czysto estetycznych. Zima przestała być biała, zaczęła przypominać kolorami i konsystencją zimniejszą odmianę słoty. I ten gnój na butach, na samochodach, na przystankach, na nogawkach, pordzewiałe słupki i znaki drogowe, zagnojone śmietniki i barierki. Naprawdę warto niszczyć całą przestrzeń w imię... no właśnie czego? Chyba mody.

Argumenty o samochodach z napędem na tył, o zakopywaniu, poślizgach itd. można między bajki włożyć. Zasada jest prosta: nie potrafisz - nie jeździj! Umiejętność jazdy nie polega przecież na utrzymaniu się na drodze przy 150 km, ale na skręcaniu właśnie (i to nie przy 150, ale przy właściwej prędkości - czysta fizyka).

Weź starego poldka czy innego malucha i kręć bączki na placu przy Wola-Parku czy innym Tesco. To naprawdę nie jest trudne. To pisał ja! Dzikowy, który zaczynał od Red Diavolo z napędem na tył i od poldka z napędem na tył. Oba zgniły przez narzekania domorosłych rajdowców, którzy jak soli nie zobaczą, to na drogi nie ruszą. Dlatego apeluję: niech nie solą, a wy i tak nigdzie się nie ruszajcie.

piątek, 13 stycznia 2012
Czy cała Polska musi być jak PKP?

Czytam sobie i słucham, i coraz bardziej czuję się jak ten pasażer na peerelowskim dworcu.

Rozkłady zerwali, a stara szczekaczka jąka się: "...ak....ak...akak.....ak......ak.... stanowiska trzeciego!"

No to biegnę, bo może mój, ale nie. Nie mój.

Za chwilę znowu: "ak...ak.....ak...ak......ak...ak....ak....dzie z opóźnieniem".

Potem znowu przerywane kaszlenie głośnika i znowu, i znowu...

A ja już nie biegam. Sięgam do portfela i sprawdzam czy starczy mi na taksówkę za rogatki miasta, żebym stopa złapał.

Tracę mnóstwo kasy i czasu, w ogóle nie wiem o co chodzi, wkurwiony jestem już na wszechświat jako całość i zachodzę w głowę, jakim problemem jest wymiana tych głośników lub rozwieszenie nowych rozkładów? Przecież to nic trudnego!

To takie pierwsze skojarzenie z nową ustawą refundacyjną.

środa, 11 stycznia 2012
Z Lubą rozmowy

Po wieczornych odwiedzinach DemocracyNow!, ostatnio trochę zaniedbanego:
(D)zikowy: A wiesz, że Obama rozwiązał problem Guantanamo?
(L)uba: ?
D: Jednym podpisem pióra. Teraz może ich tam trzymać bezterminowo.
L: Nobla mu dać, Nobla!
D: Ale którego?
L: A wszystkie. I oto dlaczego nie należy dawać pokojowego "na zaś".
D: A czemu? Przecież teraz by nie dostał, więc by nie miał, a tak ma.
L: W sumie... 

wtorek, 10 stycznia 2012
My czterej pancerni...

Właściwie to betka, chociaż wkurza. Nick „Dzikowy” pojawił się zapewne jakoś przypadkiem w 1998 r. lub w tych okolicach. Dzik, Dziki, Dzikszy itp. były już zarejestrowane na wp.pl, a nie chciałem się logować na skrzynkę, jako dzik529+pi_pół. Tak też przyczepił się do mnie ten Dzikowy i towarzyszy od dawna. Powtarzam, że zawsze i wszędzie. Nie używam fałszywych, zmienionych i innych dziwnych nicków, chyba że wcześniej się już gdzieś zarejestrowałem i po latach przepomniałem hasło. Wtedy po prostu informuję kim byłem (jestem).

Właściwie to betka, bo nie firmuję nickiem komercyjnej działalności. Nie jest to jakiś pseudoni(ck) artystyczny, nazwa firmy, linii kosmetyków lub odmiany tulipanów. Nie zarabiam na tym, więc i nie tracę.

Właściwie to betka, bo nick ten nie jest ani urodziwy, ani jakoś specjalnie istotny dla mojej działalności w sieci i w realu. Owszem, kojarzą mnie gazetowe feministki forumowe w liczbie trzech szekspirowskich czarownic. Owszem, kojarzy mnie trochę sympatycznego polskiego geekowstwa. Ale nie występuje ów w KRS i raczej nie stosuję go w korespondencji z ludźmi „normalnymi” lub nie mającymi do siebie dystansu.

(Przepraszam dosię zdystansowanych, których nickiem nie zaszczyciłem – to nie była żadna sugestia, a niedbalstwo.)

Właściwie to betka, bo od strony prawnej nie mam prawa i nie chcę egzekwować sobie prawa do zarezerwowania nicka na wyłączność. Z braku drugiego imienia widocznie takie sobie wymyśliłem i czasem się nim posługuję się nim dla urozmaicenia. Czy ksywka „Saturnin” odcina wszystkich Saturninów od ich imienia? Takoż ja nie będę odcinał innych Dzikowych od Dzikowego.

Ale tyle o mnie. Gorzej jest z artystami, osobami swoim nickiem (zamiast nazwiska) firmującymi swoją działalność, twórczość itd. Próba rozpoczęcia kariery pisarskiej od nazwania siebie „Or-Ot”-em lub „Boy”-em byłaby przynajmniej nietaktem i skutkowała tej kariery zakończeniem w blokach. Czy zatem, przy rosnącym znaczeniu naszych avatarów, nicków, profili i kont internetowych, nie powinniśmy przynajmniej uszanować czyjegoś prawa do indywidualnego i niepowtarzalnego nicku? Jeszcze pół biedy, jeżeli ktoś nie zrobi risercza w guglu i przypadkiem powieli ksywkę lub żywcem przeniesie przylepioną do się z realu. Ale jeżeli ktoś ciebie zna, zna twój nick i z dewiacyjnych, i sobie tylko znanych przyczyn tę ksywkę podpierdala, to już jest kurestwo czystej wody. Zatem apeluję:

Dzikowy, ty towarzyszu Szarika na legowisku i czyścicielu lufy po harcach działonowego Gustlika! Oddaj mi mój nick!

Tagi: internet
01:13, dzikowy
Link Dodaj komentarz »