| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
RSS
poniedziałek, 21 lutego 2011
Klingoni w Smoleńsku
Na ostatniej Treksferze odbyła się prelekcja (a może dyskusja? Nie wiem, zalatany byłem przy obsłudze) na temat Klingonów i sienkiewiczowsko-paskowskiej szlachty polskiej. A priori założyłem, że takie porównania są na wyrost, że porównań można dokonywać z dowolną inną nacją, z dowolnej epoki historycznej i uzyskać podobne wyniki. Ostatnio rzeczywistość polityczna obala ten naiwny pogląd.
czwartek, 27 stycznia 2011
Ja, nie_eko

Matko Ziemio! Wybacz mi, bo zgrzeszyłem, grzeszę i będę grzeszył. Niniejszym robię bez wstydu, ale nie bezrefleksyjnie. Wolę bowiem popełnić błąd przez zaniechanie niż błąd z nadgorliwości.

Skąd ta postawa? Ano z kilku powodów, z których jeden pośrednio opisałem wczoraj. Chodzi o niezgodne z moim pojęciem zdrowego rozsądku i ekonomii środowiska naciski na "zieloną" motoryzację. Ten powód przybliżę na początek.

Coraz to kolejne ograniczenia emisji spalin, nowe podatki ekologiczne i inne "zachęty" do wymiany samochodów na nowe i czyste. Na plakatach i w katalogach pojawiają się emisje CO2/100km i spalanie. Jakoś brakuje informacji o wydatku energetycznym na wytworzenie (niech będzie, że przetworzenie wtórne, ale też przecież nie za darmo), czyli wydobycie surowców, przetworzenie w komponenty, samo poskładanie. Brakuje informacji na temat tego, jak dużo resztek będzie zalegało na złomowiskach po zniszczeniu nowej "zielonej" mydelniczki, ile energii, a zatem emisji CO2 kosztowało wytworzenie samochodu, który ma zastąpić ten brudny, kopcący i niedzisiejszy przeżytek, nieprzystający do świadomego konsumenta ograniczonych zasobów naturalnych.

Ów ślad ekologiczny nie pozwala mi z czystym sumieniem pomyśleć nawet o zakupie czegokolwiek, tylko dlatego, że się pojawiło i jest lepsze, szybsze, modniejsze lub bardziej ekologiczne. BO NIE JEST EKOLOGICZNE! Przyznaję, jeżdżę strasznie paliwożernym samochodem, dodatkowo po ekstrakcji katalizatora. I co? Ano nic, bo ten samochód ma swoje lata i jeszcze trochę lat pojeździ. Nie przyczynię się tym samym do dodatkowego palenia w hutach, rycia w chińskich kopalniach, wytwarzania tony pianek (nie wierzysz? sprawdź masę wygłuszenia nowych limo), poduszek, tapicerek, kilogramów procesorów i innych komponentów elektronicznych. Dodatkową nagrodą jest satysfakcja, że nie dałem się podpuścić ani politykom (którzy nie wiedzą, o co chodzi, ale chcą moją kasę), koncernom (które wiedzą, o co chodzi i chcą moją kasę), ani nawiedzonym zielonym, którzy jakoś tak plasują się na styku dwóch pierwszych grup.

Oczywiście nie jest to jedyna przyczyna. Po prostu natura sybaryty nie pozwala mi zrezygnować z pewnych przyjemności "bo tak", bo za 150 lat nie będzie wyspy Nauru, której nie znam, nie chcę znać, a która i tak jest zrujnowana odkrywką fosforytów. Poza tym nie lubię mód awersyjnych, dlatego zakazywanie mi wyrzucania śmieci w jednym worku, bez segregacji, popierania energii atomowej (która jest fajna i kojarzy mi się z serią Fallout) przyniesie skutek odwrotny do zamierzonego.

środa, 26 stycznia 2011
Motoryzacyjne sprzężenie zwrotne

Kilka miesięcy temu, przy okazji premiery nowego SAAB-a 9,5 w TOK.FM dziennikarze podkreślali zbyt długą przerwę pomiędzy obiema generacjami tego modelu. Dziś natomiast wyczytałem, że VW obiecuje 6 premier Porsche w ciągu dwóch lat. Moim zdaniem nie SAAB miał zbyt długą przerwę. To cała reszta wymienia modele zbyt często.

Czas "wymiany" modeli i generacji poszczególnych modeli samochodów, poprzedzielanych jeszcze faceliftingowanymi edycjami, ciągle się skraca. Ma to pewnie swoje przyczyny: konkurencja, postęp technologiczny i zmiany mody, zmiany przepisów i norm bezpieczeństwa/emisji spalin itp. Powoduje też ujemne skutki: konieczność fuzji i joint ventures dla niektórych podzespołów, zmiany linii produkcyjnej, skrócenie czasu badań i testów, a co za tym idzie rosnąca liczba powrotów znacznych ilości egzemplarzy do warsztatów.

Jestem miłośnikiem staroci. Nie lubię robić za szczura doświadczalnego, a jednocześnie nie jestem na tyle nierozgarnięty, żeby w przypadku nowych produktów opierać się na wyczytanych w internecie opiniach i recenzjach spamerów/amplifiers. Dlatego pozwalam sobie poczekać na koniec produkcji, ew. poszukać używki. Nie przekonują mnie brednie ministrów, koncernów i red. Kublika - do nowych mydelniczek nie przekonam się, bo nie.

W kontekście "No Logo" N. Klein zastanawia mnie, dlatego koncerny poszły w tę stronę? Działania marketingowe można skierować przecież w przeciwną stronę. Skoro bowiem mogą się różne koncerny dogadać odnośnie do płyty podłogowej, to czemu nie mogą uzgodnić strategii podkreślającej żywotność poszczególnych modeli? Iść na jakość, nie ilość, a forsę trzepać, jak teraz, na częściach zamiennych? Nie wierzą, że nafaszerowane elektroniką mydelniczki przetrwają, w miarę bezawaryjnie, 10 lat? Pewnie nie, wystarczy posłuchać mechaników.

Dlatego teraz premiera nowego modelu/generacji/odsłony poprzedzona jest zapowiedzią premiery modelu wyprzedzającego obecną premierę, a ta następna od razu wędruje na deski do faceliftingu. Na to odpowiada konkurencja 3 premierami i 4 zapowiedziami premier, odświeżenia i (znacznie ciszej) 2 nawrotów do serwisu. Już teraz konsumenci zaczynają się powoli pukać w czaszki, że fizycznie niemożliwe jest wyprodukowanie nowego (ale nowego-nowego) samochodu w tak krótkim czasie. Ergo, to ten sam shit, tylko w nowym opakowaniu czerwony metalik, ze zmienionym plastikowym grillem i 50 nowymi czujnikami, które posypią się zaraz po gwarancji. Co więcej, to ten sam shit, który sprzedaje koncern X od dwóch lat, Y od czterech, a Z zacznie za rok.

I nie czarujmy się nowymi nazwami skrzyń automatycznych, wtrysków, systemów kontroli już nie wiem czego. To jest tam po to, żeby najpierw ładnie wyglądało na ulotce, potem, żeby się sprzedało, a potem, żeby się psuło. Wieczorem do piwka poszukam sobie dyskusji o przewadze skrzyni 4-tronik nad tip-tronikiem, S-tronikiem lub 5-tronikiem, w tle mając easy-tronic.

Ja będę obstawał za pulse-tronic™. Że takiej nie ma? Ale nazwa ładna, więc niedługo będzie. Będzie wyposażona w 13 biegów + 5 wstecznych, 8 sterowników elektronicznych (hydraulika przestała funkcjonować? świat się kończy! fizyka zepsuła!) sterowanych komputerem o jakiejś innej ładnej nazwie, np. smooth-drive™. Jak maszynki Gillette, z których nabijałem się w zeszłym wieku, że niedługo będą miały po pięć ostrzy.

I tak powoli kończą się numerki dla modeli Peugeota, Porsche wracają do serwisu (sic!), a kolejne Golfy uczą konsumentów na powrót numeracji rzymskiej. Żeby tylko nie doszli do modelu VW Golf MMMDCCCLXXXVMMMDCCCLXXXVIII.

 

wtorek, 25 stycznia 2011
Brudziński na Avangardzie

Na początek banał - fantastyka komentuje rzeczywistość w wygodnym otoczeniu. Bohaterowie w niecodziennych dla nas warunkach mierzą się z codziennymi dla nas problemami: słabością charakteru, niefortunnymi zdarzeniami, konfliktami społecznymi, wewnętrznymi itp.

Teraz dygresja na później - uwielbiam s-f, na okrągło oglądam Star Trek, Firefly, Lexx, BSG, grywam w gry fabularne. Nie uważam jednak tych form rozrywki i zainteresowań za objaw ekspiacji. Przeciwnie, są to doskonałe sposoby przetrawienia "na sucho" pewnych refleksji, problemów, które mogę rozwiązać bez konsekwencji, nawet inaczej niż w rzeczywistości. W końcu w trakcie sesji odgrywam inną postać niż ja sam.

Dzisiaj w Poranku TOK.FM gościł u red. Wielowieyskiej Joachim Brudziński. Będę nazywał go "Brudziem", bo to brzmi sympatycznie, familiarnie. Brudzio zapowiedział, że pisowskie obchody rocznicy wypadku lotniczego w lesie innym niż Kabacki odbędą się niezależnie od uroczystości państwowych. Nie mam wątpliwości, które uroczystości Brudzio uważa za jedynie słuszne. Nie wątpię też, które z nich będą miały charakter szczery i osobisty, w końcu wszyscy wiemy, czyj brat zginął pod Smoleńskiem. Otóż podejrzewam - po dotychczasowej retoryce i pawianowaniu na Krakowskim Przedmieściu w Sejmie i gdzie tylko się dało - że Lech Kaczyński postrzegany jest jako ktoś w rodzaju Władysława Warneńczyka, czy adm. Nelsona. To przywódca narodu, tfu, Narodu, który oddał życie na polu bitwy otoczony armią. Dlatego, podobnie jak w przypadku bitwy pod Warną, wspomina się tylko władcę, o reszcie armii milcząc. W końcu władcy sami walczyli i sami zwyciężali, albo przegrywali. Przegranych królów takoż się wielbi nad Wisłą, nie tylko zresztą królów. Powstańcy Warszawscy, dowództwo i samo powstanie stanowią tabu. To osoby i zdarzenie, które należy czcić, wielbić, wspominać, ale absolutnie nie wolno krytykować, podważać sensu, czystości intencji.

Jarkowym pozostaje zatem udowodnić, że:

1. Mieliśmy do czynienia z bitwą - co jest karkołomne, ale Brudzio, Jarek i reszta ekipy idą w zaparte.

2. Mieliśmy do czynienia z bitwą bohatersko, ale jednak przegraną - ta teza, jeżeli przyjąć tezę pierwszą za aksjomat, jest takoż trudna do udowodnienia. Nie tańczył bowiem Tusk na grobie, nie udowodnili Amerykanie rozsiewania mgły przez oddział specnazu sikający do ogniska. Z drugiej strony MAK zawalił, nie przeskoczył siebie i nie uwzględnił wszystkich czynników, które (to oczywiste!) brane są pod uwagę w każdym odcinku CSI, a Putin nie zamknął północnej rury, która jednocześnie ustawiona jest do nas bokiem i przeciwko nam wycelowana.

Po co to wszystko? Otóż wydaje mi się, że PiS robi wszystko, żeby śmierć Lecha nie okazała się głupia i bezsensowna. Człowiek tego formatu nie może przecież zginął w sposób, który ten format by pomniejszał. Nie może przecież dostać zawału w wychodku, umrzeć z przeżarcia, od gangreny po drobnym skaleczeniu, ani jak węgierski minister finansów, który wpadł do pojemnika z roztopionym żelazem. Tym bardziej nie może rozbić się samolotem z powodu spóźnienia na kampanię wyb..., tfu, na uroczystości katyńskie!

Nawiązując do banału i dygresji z początku wpisu, PiS i PJN nie lubią fantastyki, nie są fanami RPG, brakuje im zatem umiejętności przyjęcia nawet najbardziej absurdalnej perspektywy, która mogłaby pomóc w oszlifowaniu rzeczywistości. Nie nauczyli się odpowiedniego dystansu do siebie i spraw dla siebie istotnych, nie mają zatem poczucia humoru i absurdu, który wywołują swoim zachowaniem.

Ale jest jeszcze nadzieja. Ponieważ dobro większości jest ważniejsze niż dobro grupy lub jednej osoby (ST:II) przygotuję dla Brudzia, Jarka i Beatki sesję, a nawet dwie. W pierwszej potwierdzą się wszystkie ich podejrzenia i obsesje, a wtedy MG nie będzie miał innej możliwości, jak tylko rozpocząć wojnę. W finałowej potyczce (święte prawo epickiego RPG - końcowy pojedynek z bossem) Jarek na golemicznym kocie zmiażdży putina szarżującego na miedźwiedziu. Zyska sławę i odszkodowania za wszystkie niegodziwości imperium zła ever.

W drugiej sesji potwierdzą się inne podejrzenia Jarka. Nikt o katastrofie się nie dowie, zwalą na ufo lub krakena; agentura zdelegalizuje PiS; podmieniony na bliźniaczo wyglądającego popa papież zmieni linię Kk w Polsce na zapaterystyczną; nieznani sprawcy z młodzieżówki SLD spalą kamienicę na Żoliborzu; Nelly Rokita zmądrzeje i przejmie platformerskie skrzydło PiS, które na powrót włączy do tuskowych; kot okaże się gejem. Wierne PiS znajdzie się na wygnaniu. Jarkowi ciągle agenci będą wpłacali coś na konto, co ma go zdyskredytować, a Beata będzie rzucała ST 20 na odporność z powodu polonu w herbacie.

Obie zaoferowane sesje mają cel udowodnić, że nic nie jest czarno-białe. To nie są, panie Brudziński, Gwiezdne Wojny, Putin to nie Cavil, Tusk to nie His Shadow, CBA to nie Kasta Obsydianowa, a Lech Kaczyński to nie jednoczący imperium Kahless!

Dlatego warto czytać, oglądać, grać. Spędzając dużo czasu w nierzeczywistych światach uczymy się wyłapywać, gdy ktoś próbuje nam taki świat zrealizować w realu.

Zapraszam PiSiaków na sesję. Albo na sesję RPG, albo terapii grupowej.

środa, 05 stycznia 2011
Osiedle strzeżone

Zrobiłem mały rekonesans po "nowej okolicy". Znalazłem vlepki Czarnego Sztandaru i Antify. Czuję się bezpiecznie. :)

Tagi: Warszawa Wola
08:37, dzikowy
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 30 grudnia 2010
Psiarnia i podstawowe błędy w tresurze

O radości! Bez obaw pisać można o policjantach per "psy". W zasadzie jeszcze 10 listopada pisałbym policjanci i policjantki - tak z czystej sympatii dla drugiego przecież człowieka. W Święto Niepodległości mi przeszło i to trwale.

Zawsze uważałem państwo, samo w sobie, za twór ułomny, szkodliwy i hamujący. Często przyczyny są systemowe - w założeniu pewne działania mają ograniczać obywateli, często w wyniku rozbieżności pomiędzy teorią i praktyką, często przez przeoczenie, często przez nadgorliwość. Wychodząc z prostego i uzasadnionego założenia, że państwo jest narzędziem służącym obywatelom, jak pralka czy łopata, uważam, że państwo wadliwe należy oddać do serwisu, albo po prostu wyrzucić, jak przetarte skarpetki, czy dziurawy czajnik. Szczególnie mnie frustrują nieprawidłowości w sferach związanych z tzw. bezpieczeństwem, bo nie tylko nie spełniają swojej roli właściwie, ale swoimi działaniami państwo zagrożenie zwiększa, miast redukować.

Wbrew pozorom jest bezpiecznie. Jest bezpiecznie jak nigdy dotąd. Błędne wrażenie powodują media, które mają nieograniczone możliwości donoszenia o najdrobniejszych pierdołach, o których jeszcze 10 lat temu nikt by nie bębnił w TVN24 czy innym TOKu. Informacje o 2 rannych w wypadku, złapanym kieszonkowcu czy nawet obwieszeniu żony to drobiazgi, które sycą wychowane na telenowelach społeczeństwo i potęgują poczucie zagrożenia. A zagrożenia nie ma.

Co innego zagrożenie dla praw podstawowych wynikające z działań państwa, celem których jest ograniczenie tego poczucia zagrożenia (nie samego zagrożenia). Policja londyńska cieszy się, że dziesiątki tysięcy kamer pozwoliły na złapanie 6 (sł. sześciu!) przestępców dziennie. I nieważne, że każdy londyńczyk, który chociaż nos wychyli zza drzwi od razu łapany jest w jakimś obiektywie. Pewnie jego/jej twarz zniknie w natłoku danych, ale faktem jest, że ten wizerunek został zarejestrowany bez zgody i woli obywatela.

Podobnie z planami wprowadzenia dowodu osobistego wyposażonego w RFID. Mam dwie wątpliwości odnośnie do tego pomysłu. Pierwszym jest oczywiście inwigilacja obywateli. UE zezwala zbierać dane osobowe w stopniu minimalnym niezbędnym do wypełniania obowiązków. Dlatego właśnie w chwili rejestrowania działalności w US miałem przyjemność obsobaczyć "panią w okienku", która chciała wiedzieć za dużo. Druga wątpliwość jest czysto finansowa. EIOD pracuje nad wprowadzeniem regulacji ograniczającej stosowanie RFID. Niewykluczone zatem, że wynalazki w rodzaju warszawskiej karty miejskiej czy DO będą musiały posiadać warianty z/bez RFID - w zależności od zgody obywatela.

Poza elektronicznymi metodami inwigilacji istnieje policja. Jest to urząd niewydolny jak ZUS i korporacyjny jak lekarze. Ma przy tym uprawnienia, które stanowią realne zagrożenie dla zdrowia i życia, o swobodach obywatelskich nie wspomnę. To właśnie uprawnienia do użycia przemocy, ograniczenia wolności, zbierania i przetwarzania danych wrażliwych powoduje, że psy powinny być objęte znacznie ostrzejszą kontrolą niż pozostali urzędnicy, powinna wobec policjantów obowiązywać zasada domniemania winy, jak ma to miejsce w przypadku postępowań skarbowych. Do tego dochodzi skandaliczne krycie dupy psom przez prokuraturę i często faktyczną bezkarność. W skali kraju powoduje to, że zaufanie dla psiarni maleje, przez co policja staje się zbędna – bez współpracy ze strony obywateli psiarnia może już tylko szkodzić. A do utraty tego zaufania wiele nie trzeba. Spałowanie antyfaszystów lub po prostu brak ochrony przed łysymi, bezzasadne zatrzymanie, zastrzelenie z powodów rasistowskich, ukręcenie łba sprawie psa-gwałciciela. Tutaj zaklęcia psich rzeczników i kampanie nie pomogą. Na psiarnię trzeba znaleźć hycla, czy to w formie paragrafów, czy procedur.

wtorek, 28 grudnia 2010
Prezentologia literacka

Dostałem książkę, jak co roku. Moja Luba dostała książkę, jak co roku. Podobnie moje rodzeństwo, rodzice, jej rodzeństwo i rodzice. Jaka książka by nie była, zostanie przeczytana, czyli prezent jest trafiony. Między nami wszystkimi książka jest pewniakiem trafionego prezentu. No, może z wyjątkiem papieskiego albumu, chociaż też pewnie miałby jakieś zastosowanie. Książki te są prezentami przechodnimi. Nie, nie oddajemy ich w następne Święta, ani nie przekazujemy dalej - po prostu wszyscy zainteresowani wymieniają tytuły między sobą. Dopiero po tym cyklu książka ma chwilę odpoczynku na półce. Książek na prezenty nie kupuję na długo przed Świętami, aby je ukradkiem przeczytać z prostego powodu - nie lubię książek nowych. Jeżeli brak im zagięć, naderwania kleju, odcisków i innych śladów poprzedniego czytelnika. Nie znaczy to oczywiście, że nie kupuję książek nowych - po prostu w "Empiku" wybieram te, które ktoś już zdążył na kanapie czy w innym kącie rozdziewiczyć.

Tyle przydługiej dygresji, bo miało być o czymś innym, a mianowicie rodzinach, dla których książka zawsze jest nietrafionym prezentem (wyłączając album o papieżu, ale ten też będzie miał inne zastosowanie). Nie będę przytaczał spadających statystyk czytelnictwa, bo to banał i aksjomat. Jest mi po prostu przykro, że coraz mniej jest ludzi naokoło, z którymi mogę o czymkolwiek porozmawiać. Rozmijamy się - oni, nieświadomi literatury i ja, nieświadomy telewizji.

Pozostając w temacie książek. Nowe "wyglądające na używane" książki mogłem kupować. Nowych, wyglądających na używane, objętych 5% podatkiem VAT już nie. Oświadczam wszem i wobec - pierdolę, będę kupował na Dw. Zachodnim, via allegro, piracił ebooki. Pisarze nie stracą. Za każdą spiraconą książkę obiecuję pp. Ziemiańskiemu, Kresowi, obu panom Dębskim i in. na najbliższym konwencie flaszkę lub ekwiwalent. Stać mnie.

Nie stać mnie za to na finansowanie programów promowania czytelnictwa finansowanych w sposób skutkujący podniesieniem cen samych książek. Po prostu debilizm zawsze jest zbyt drogi, żeby go wspierać.

poniedziałek, 06 grudnia 2010
Żal mi Was...

Żal mi was.

Krytykujecie Wikileaks, bo stanowi zagrożenie. Dla kogo, dla Was? Jakie niby? Czy angażowanie się w wojnę, a raczej dwie, nie jest takim zagrożeniem? Czy nie jest zagrożeniem pakowanie się w awantury, które nas nie dotyczą i w żaden sposób się nie opłacają, a sprowadzają ryzyko odwetu? Wcześniej Irakijczyk wiedział, że Polak przyjeżdża i robi im autostradę. Do Afganistanu przyjeżdżali chyba tylko turyści, studenci niszowych kierunków, a potem pomoc humanitarna kopiąca im studnie. A teraz? Co mamy za Irak i Afganistan? ATRAPY rakiet i to tylko sezonowo.

Chciałbym móc powiedzieć, że moje państwo, moi przedstawiciele grają czysto. Reprezentują moje interesy, a nie lobbystów, szantażystów i obcych krajów. Oczywiście można się było domyślać, że politycy nie grają czysto, ale teraz to WIEMY! Wyszło bowiem, że establishment każdego kraju gra tylko dla siebie, swojej klasy. Reszta się nie liczy. Ważne tylko, żeby się nie wydało, bo przegramy wybory i konfitury nam uciekną.

Powiedzcie - przeciwnicy Assagne'a:

"Tak, mój rząd reprezentuje moje interesy, podpisuję się pod jego honorowym i uczciwym podstępowaniem, przestrzeganiem praw człowieka, prawa krajowego i międzynarodowego, w końcu zasad przyzwoitości i dobrego wychowania."

Jeżeli uważacie, że Wasz głos oddawany jest w wyborach w oparciu o prawdziwe, sprawdzone i pełne informacje, to się mylicie! Zazdroszczę Amerykanom. Będą mieli nowe rozdanie, możliwość wyboru polityków ideowych, którzy chociaż działali w polityce, to nie umoczyli. My będziemy nadal głosować na stały zestaw pawianów, którzy w kampanii częstują bananami, a potem pokazują czerwone zadki.

W społeczeństwie ponowoczesnym WIEDZA to WŁADZA. Jeżeli rząd posiada wiedzę na wyłączność, to władza obywateli jest iluzoryczna.

Powiedzcie proszę, kto z Was faktycznie przeczytał przecieki? Komu się chciało? Gazeta, polskie portale praktycznie niczego nie przekazują, czekając być może na Szymany. Nawet najbardziej zaangażowany Guardian nie jest w stanie wrzucić całego archiwum.

Dajecie się ponieść propagandzie, która ma Was, bezwolne barany, przestraszyć! Wczytajcie się i POMYŚLCIE! Spróbujcie sobie wytłumaczyć, czy jakiekolwiek państwo może jedną ręką podpisywać konwencję o zakazie stosowania i przechowywania broni kasetowej, a drugą umowę na przechowywanie takiej dla USA. Czy państwo ma prawo oburzać się na zastrzelenie dziennikarzy i cywilów przez Amerykanów w Iraku, a jednocześnie ukręcać sprawie łeb?

Politycy się boją! Po raz pierwszy się naprawdę boją, bo nie wiedzą, jaka zgnilizna jeszcze wypłynie z przecieków. Dotychczas, na polskim podwórku, problem nie istniał - powoływało się marionetkową komisję, truło dupę przez parę miesięcy i produkowało coś nieszkodliwego, zwanego raportem.

Przecieki walą w establishment jako całość. Nikt się nie wyłamie, nikt się nie obroni, bo tutaj oceniana jest klasa społeczna, nie poszczególne ugrupowania, ani tym bardziej osoby. To jest państwo vs. społeczeństwa obywatelskie; państwa vs. nowocześni homo sapiens, którzy mają dość tego gówna.

I linia musi być nakreślona tu! Tutaj i nigdzie dalej. I my każemy im zapłacić za to, co zrobili!

środa, 01 grudnia 2010
Internet na kartki?

Ujawnienie przez WikiLeaks dokumentów nastąpiło w bardzo niesprzyjającym momencie. W UE trwa dyskusja nad ograniczaniem dostępu do Internetu, ochroną prywatności, walce z terroryzmem. J. Assange dał zwolennikom nakładania kagańca bardzo mocny argument, szczególnie przekonywujący dla polityków i decydentów, w których przecieki uderzyły bezpośrednio. Są to najczęściej ludzie z poprzedniej epoki, którzy przyzwyczajeni są do tygodniowego wałkowania przez media jednego, kilku dokumentów, aż sprawa się rozmyje. Wyborca dostawał sprzeczne, obrobione wstępnie wnioski i albo utwierdzał się w swoim poparciu dla oskarżanych "zaszczutych" polityków, albo potwierdzał swoją negatywną opinię o tychże.

Teraz natłok materiałów jest tak olbrzymi, że media nadążają jedynie z wyciąganiem co smaczniejszych haseł, bo nawet nie całych dokumentów, i wrzucaniem ich w formie krótkich komunikatów. Nie ma szans na omówienie każdego w programach publicystycznych, felietonach, opiniach redakcyjnych. Doszło zatem do rzeczy bez precedensu - oto wyborca dostaje górę surowego "mięsa" i może je podjadać kierując się własnym smakiem, a nie opinią mediów.

Dlatego też politycy (media zresztą też) skupili się na przecieku jako całości. Zresztą rozsądnie, bo co innego mogą zrobić? Ścieżka działania była, jak dotąd, podręcznikowa:
1. bagatelizowanie
2. potępienie (w tym przez samych "obsmarowanych", co uważam za szczególnie żenujące)
3. dyskredytowanie
4. oskarżanie o terroryzm, cyberwojnę i ludobójstwo

Wszystko zmierza powoli w stronę prawa Godwina, czyli administracja SZA wkrótce przegra dyskusję.

Potępiając całość serwisu  podważając wiarygodność założyciela spychają samą treść na dalszy plan licząc, że może coś umknie, czytelnicy staną się sceptyczni, a materiały w końcu zablokowane. Ukarany (priorytetowo ścigany przez Interpol za niestawienie się na przesłuchanie w sprawie pękniętej prezerwatywy - sic!) Assange będzie przykładem dla potencjalnych naśladowców. Już jest, komunikat poszedł - wystąpisz przeciwko nam, a nie zaznasz spokoju na tej planecie. Już Karibu Barbie i jej przydupasy proponują zamach, karę śmierci, delegalizację serwisu, blokadę kont donatorów itp. To już nie jest nawet śmieszne.

Odłamkiem dostanie również Internet. Niekontrolowane (względnie) międzynarodowe forum publiczne, zdecentralizowane i niezależne, bo tanie i proste w obsłudze, stoi kością w gardle politykom, choćby nie wiem, jak się zarzekali, że jest inaczej. Jednakże do ograniczenia tak masowego medium i to stopniu znacznym (bo nie chodzi przecież o półśrodki) wymaga potężnego argumentu. Gdzieniegdzie wystarcza ochrona praw autorskich, ale na przykład - co pokazała nieudana próba PO - pornografia dziecięca czy hazard już nie. Teraz argument już się pojawił. Ludobójstwo, złamane kariery (notabene pojawiające się częściej i jakby z większym żalem w głosie polityków), wojna, szkodzenie interesowi publicznemu, terroryzm - to nie są powody? Oczywiście że są! Po 11 września wystarczyły na ograniczenie swobód obywatelskich na skalę dotychczas niespotykaną i dwie wojny gratis.

Dlatego, mimo całej mojej sympatii dla transparentności, wolności mediów i dostępu do informacji obawiam się, że przeciek bardzo zaszkodzi wolności w Internecie. Środowiska broniące swobód obywatelskich powinny już zwierać szyki. To będzie naprawdę trudna walka.

Jeden z komentujących artykuł na gazeta.pl napisał:
W tych dniach wszyscy jesteśmy Julianem Assange !!

 

Obawiam się, że jeszcze długo będziemy.

Świat głupieje?

Taki przynajmniej wniosek nasuwa się po kontakcie z doniesieniami różnych mediów. Żeby nie było - nie twierdzę, że cały świat zgłupiał. Być może tylko jego niewielkie wycinki, albo może tylko ukazały mi swój potencjał bezmyślności.

Ale do przykładów.

Wskutek opadów śniegu około 100 samochodów utknęło pod Piasecznem na przeszło 20 godzin. Nie, nie na środku pustyni, ale pod Piasecznem. Z artykułu wynika, że kierowcy nie wysiedli, nie nacisnęli guzika z kłódką na breloczkach i poszli na przystanek łapać autobus linii 7XX czy inną taksówkę. Oni czekali 20 godzin ciężko pracując na hemoroidy.

Naukowcy przy pomocy terapii hormonalnej odmłodzili mysz. Ponieważ terapia nie działała na zwykłego gryzonia, wcześniej odpowiednio go przystosowali genetycznie do szybszego starzenia się, podejrzewam, że blokując wydzielanie tegoż enzymu. Eksperyment ten daje nieprawdopodobne możliwości. Po genetycznym skróceniu życia człowieka do, powiedzmy, 25 lat będzie można je wydłużyć nawet czterokrotnie! A jakie możliwości komercyjne? Otóż taki ja może biegać po oddziałach położniczych i oferować przedłużenie linii życia, która (w moim mniemaniu) wynosi 3 dni. Ryzyko żadne, najwyżej się okaże, że miałem rację. Problemem jest Kościół, który oferuje wydłużanie w nieskończoność i to w systemie abonamentu, poza tym często gra nieczysto, jeżeli chodzi o konkurencję.

Centrum Nauki Kopernik odwiedzili nauczyciele. Teraz obeznani z wystawą będą nieść kaganek oświaty Przyszłości Narodu. Jedna z odwiedzających nauczycielek stwierdziła, że w "Koperniku" czuła się zagubiona, bo było dużo do czytania, a ona jest słuchowcem.
Otóż nie, Pani Uczycielko! Jest pani analfabetką funkcjonalną i jeszcze się pani z tym obnosi.
Inni narzekali, że nie rozumieją, jak (czemu?) działają poszczególne stanowiska. Dlatego uważam, że zapraszanie "specjalistów" do CNK rozpoczęto na stanowczo zbyt niskim szczeblu systemu edukacyjnego. Należy zacząć od uniwerków. Zebrać kadrę "humanistów" i wyłożyć po kolei tym wszystkim doktorom od dżendersów, psychologii i pedagogiki wszystko od podstaw. Inaczej wkrótce będzie potrzebny nie kaganek, a żagiew oświaty, jeżeli jeszcze nie jest.

Radek Minister Sikorski twierdzi, że wyciekły banalne ploty, które są jednak bardzo niebezpieczne, a zatem niebanalne. Bartosz Redaktor Węglarczyk uważa, że wyciek to triumf demokracji i tym samym cios zadany demokracji. Komentatorzy w TOK uważają, że przecieki nie spowodują większych zmian w dyplomacji USA i jednocześnie, że dyplomatom tegoż kraju trudno będzie prowadzić rozmowy.

Czy to świat głupieje? Jest oczywiście prostsze wytłumaczenie - media głupieją i infantylnieją, a ja to tylko czytam. Dobrze, że (jeszcze) ze zrozumieniem.