| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
RSS
poniedziałek, 21 marca 2011
Boję się, więc protestuję

Kto mógł przewidzieć marketingowy sukces starożytnych atomistów? Eh, żebym wiedział, to bym na nich stawiał. Kampanię jakąś im zorganizował, zmajstrował logo z wirującymi elektronami. Teraz pobierałbym tantiemy za każdy transparent francuskiego, amerykańskiego, polskiego i każdego innego aktywisty, który protestuje przeciwko energetyce atomowej, w to miejsce proponując rozwiązanie proste i genialne, na poziomie kojota Wile'a: wiatrak!

Osobiście jestem przeciwko budowie elektrowni atomowej w Polsce, ale z powodów innych niż te, które przytaczane są najczęściej. Nie obawiam się wycieków, wyparowań, promieniowań itp. Obawiam się sprzedania elektrowni jeszcze przed jej zakupem. Obawiam się powtórki z ustawki Embraerów, ustawki Patrii-Rosomaka, ustawionych F-16 za offset typu stealth. Widzę te gigantyczne lody ukręcone przez nieusuwalnych Klicha z Grabarczykiem ukwieconym, widzę elektrownie postawioną nie przez tych, to wezmą najmniej, ale tych, którzy dadzą więcej. Dopiero w następstwie tej pierwszej obawy powstają kolejne.

Jeżeli bowiem wezmę w łapę, żeby ktoś mógł sobie coś budować, to częścią umowy będzie działanie na rzecz PR tego wykonawcy. Jeżeli bowiem ów się wysypie, to ja lecę razem z nim. Tym samym urzędnik, który zatwierdził zwycięzcę przetargu, będzie go bronił, pomimo błędów, fuszerki, nieprzestrzegania harmonogramów, kosztorysów, procedur. W przypadku Rosomaków bez wieżyczek można jeszcze sobie to olać - pojechały do Afganu razem z najemnikami, którym nikt za wjazd na minę 0,25 mln nie zapłaci.

Elektrownia ma jednak trochę inną "siłę rażenia". Olanie oceny oddziaływania na środowisko, procedur bezpieczeństwa, a nawet tylko rachunku ekonomicznego spowoduje skutki po wielokroć większe niż mizerne opancerzenie Rosomaków, ciasnota transportowców CASA, czy zasięg embraerów.

Dlatego jestem przeciwko budowie elektrowni atomowej w Polsce. Mam bowiem powody przypuszczać, że ktoś już się tu zakręcił. Skąd? Ano Tusk broni elektrowni nie podając argumentów i nie przyjmując argumentów. Proszę zauważyć, że premier ma dwa sposoby obrony swoich pomysłów. Jeden z nich polega na zapraszania do dialogu, podawaniu argumentów - oczywiście naciąganych i często bzdurnych, wszak to polityk. W drugim przypadku idzie w zaparte, olewając zupełnie jakiekolwiek głosy rozsądku. Ta druga sytuacja miała miejsce kilkakrotnie, np. w przypadku kastracji pedofilów, hazardówki, dopalaczy. Przy okazji rozmów o atomie zaczynam zauważać podobną retorykę, co mnie martwi.

A o wiatrakach kiedy indziej.

 

piątek, 18 marca 2011
Torsje in spe

Ostatnimi czasy monitory bankomatów straszą mnie nie tylko wysokością dostępnych środków, ale też "Bitwą o LA". A czemuż ja taki strachliwy? Otóż pierwszy poważny opad szczeny wskutek debilizmu wysokokasowego holyłódzkiego kina s-f zaliczyłem przy okazji "Dnia Niepodległości". Było mi naprawdę, naprawdę przykro z powodu banalności bezmyślnej destrukcji, na poziomie złomozaura w SimCity4. Schemat tej katastroficznej katastrofy pogrążył kino s-f na wiele lat. Nawet gdy pominę "o_żesz_jak_debilną_bitwę_o_ziemię", to zostają wcale nie bardziej błyskotkiwe 2012, armageddony, pojutrza i inne, rozwijające schemat: coraz większa rozpierducha z happyendem, pozbawiona treści, poza wzruszającym finałem.

Co jeszcze bardziej przykre, ten nurt wlazł z butami do seriali, które przez lata nie potrzebowały wielkich wojen. I nagle okazuje się, że trekowa Federacja nie jest już w stanie pokojowo współistnieć z sąsiadami, tylko rozpętuje wojnę totalną, a potem wygrywa ją przy pomocy broni biologicznej (sic!). Idźmy dalej, a mianowicie do treka z 2009 (którego nie było, nie ma i nie potrzeba) i bezsensownego rozpieprzania właściwie wszystkiego, poza San Francisco (zbombardowane już wcześniej, tzn. chronologicznie później, w DS9).

Pewną nadzieję dawał sukces filmu "District 9". Film kameralny, powolny (wg dzisiejszych standardów), przegadany i osobisty, strasznie krytyczny w stosunku do widza - zadowolonego z siebie humanisty do chwili, gdy humanizm zaczyna być kosztowny - odniósł sukces. To w SF ostatnich czasów stało się niemal niemożliwe, szczególnie że nikt nawet nie ryzykuje wypuszczenia czegoś nowego, a tym bardziej tak "innego" niż xmen, batman, cośtam-man, green-cośtam, transformer któryśtam, tron 2, o powtórkach heroic fantasy nie wspomnę.

Kiedyś już pisałem, że fantastyka stanowi płaszczyznę dla rozpatrywania pewnych kwestii w warunkach odmiennych od zastanych. Temu fantastyka służyła od zawsze, od Homera i Dantego, przez Verne'a i Goethego, aż do autorów współczesnych i przyszłych. Dlatego mądra, treściwa fantastyka musi mieć jakąś pożywkę dla refleksji. Musi mieć odpowiednio zbudowaną fabułę, rozbudowane postaci, bieg wydarzeń w jakiś sposób odmienny od typowego emmerichowego:

1) coś się zbliża

2) rozpierducha

3) sprytny (wg scenarzystów), a zarazem okrutnie głupi (wg obiektywnych kryteriów) kontratak

4) radość i łzy, bo wygrana cośtam kogośtam kosztowała

Dlatego gigantyczne, monumentalne filmy wojenno-fantastyczne może i odpowiadają na duchowe potrzeby prostego, amerykańskiego patrioty, któremu muszą pomigotać gwiazdki na szczycie bliskiego zamiennika wyspy Iwo Jima; który nie ma pracy, a dostaje bęcki nawet od Afgana mieszkającego z kozami.  Tylko że takie bezpośrednie wzbudzanie wzniosłych uczuć jest strasznie płytkie i bezrefleksyjne, daleko w tyle nawet za Avatarem. Jest to fikcyjny brat bliźniak relacji z Japonii i czy innej dotkniętej tragedią Indonezji. Pokazywanie zniszczeń, wybuchów, trupów, zgliszczy nie różni się przy tym od niegdysiejszych publicznych egzekucji, walk gladiatorów czy karmienia lwów sekciarzami - schlebia najniższym instynktom. Tym samym wysadzanie Statui Wolności (ZNOWU?) i Kapitolu, Wolkana i 3 floty Federacji, topienie w ogniu wszystkich stojących w korkach na Piątej Alei, miażdżenie pod zgliszczami walących się biurowców i estakad powoduje, że fantastyka a'la Emmerich i Abrams zbliża się coraz bardziej do granicy, za którą nie zostanie już nic do wysadzenia. Nie mogę się tej chwili doczekać.

 

środa, 16 marca 2011
Premier złapany z ręką na członku. Znowu.

Znowu ustawa wprowadzania tylnymi drzwiami, znowu protesty internautów, znowu Tusk tłumaczący się, że nie doczytał, nie wiedział, że "na razie" z pomysłu się wycofuje.

Na Internecie od strony technicznej znam się słabo. Wiem tylko, że jest to medium stosunkowo zdecentralizowane, a przez to trudne do kontrolowania, a jednocześnie antyestablishmentowe i egalitarne. Dlatego wcale nie dziwię się, że poszczególne państwa starają się stanąć w rozkroku i jednocześnie nie zrazić do siebie internautów (wyborców, dla których wartości niesione przez względnie anarchistyczne medium są ważne), i założyć kaganiec, a przynajmniej podregulować, pokoncesjonować itd. Czasami taka ekwilibrystyka kończy się skokiem do łódki, z powrotem na pomost, a czasami w wodzie. Jak dotąd Platforma wycofuje się rakiem na brzeg, ale za każdym razem umoczy trampek.

Przewrotnie podpowiem, że jest sposób na wprowadzenie ograniczenia Internetu przy zachowaniu potencjalnie rozsądnego uzasadnienia innego niż cenzura - takiego, co to ciemny lud go kupi. Za inspirację niech posłużą przecieki Wikileaks i późniejsze akcje Anonymous. Oba wydarzenia (serie wydarzeń?) może nie spowodowały zwiększenia poparcia dla ograniczeń wolności w Internecie, ale przynajmniej bardzo spolaryzowały opinie. Wystarczy poczytać komentarze pod artykułami, w których to komentarzach internauci wyrażali opinie od fanatycznego poparcia, aż po groźby karalne, obojętnych było bardzo niewiele. Oczywiście wprowadzenie w trybie 24h (POPiS jest mistrzem sprintu) odpowiedniej ustawy spowoduje reakcję, która, odpowiednio wykorzystana, może stanowić argument za tą ustawą. Jednak rozwiązanie takie jest oczywiste wyłącznie rozpatrywane dwubiegunowo: rząd-internauci. W przypadku włączenia wszystkich zainteresowanych stron, dla których taki kaganiec będzie bolesnym ciosem zadanym również w portfel, nie jest to już tak jednoznaczne, a długotrwałe skutki dla poparcia społecznego są nieprzewidywalne. Marketing internetowy rządzi się bowiem innymi prawami, a pomysłowość twórców stron, blogów, memów, komentarzy itp. przekracza najlepsze nawet możliwości partyjnych PR.

Ale wracając do rzeczywistości. Pierwsza głośna próba zakneblowania Internetu skończyła się dla tuskowych sromotną porażką. Internauci nie tylko wyrazili głośny sprzeciw, ale też potrafili się zorganizować i wypracować jeden głos. To dużo, a nawet bardzo dużo dla grupy, która szczególnie ceni sobie indywidualność, a jej cechą przyrodzoną jest atomizacja. Co więcej, zmiana okazała się do pewnego stopnia trwała. Przykładem jest wyjątkowo duży, jak na polskie warunki, urodzony na Facebooku happening pod krzyżem.

Tę pierwszą porażkę premier próbował obrócić na swoją korzyść. Że indeks stron był tylko pomysłem, że nie znał wszystkich opinii, że to wina MinKulu i biura legislacyjnego, że po zapoznaniu się... W sumie zręcznie. Przejdźmy jednak do powtórki, czyli ostatniej hecy i dzisiejszego odszczekania. Z konferencji wynika, że: (ctrl+c; ctrl+v) że nie znał wszystkich opinii, że to wina MinKulu i biura legislacyjnego, że po zapoznaniu się...

I tutaj już tak zręcznie nie jest. O ile bowiem w pierwszym przypadku można było "kupić" łeż i cieszyć się zwycięstwem, to teraz nikt chyba nie nabierze się, że każde wychwycenie prawodawstwa cenzurującego Internet oznacza tylko odroczenie, a Tusk nawet nie wysila się, żeby wymyślić jakieś nowe kłamstwo. Wychodzi albo na leniwego kłamcę, albo wyjątkowego idiotę, który pozwala manipulować sobą, jak kardynałom dawał JP2 w fazie terminalnej.

Obawiam się zatem, że w pierwszym przypadku rząd zawstydził się, jak złapany z ręką na instrumencie zbrodni onanizujący się nastolatek, ale za drugim razem już tylko udaje zażenowanie, za trzecim będzie pewnie uprawiać radosny ekshibicjonizm.

Dlatego proszę nie straszyć mnie pedofilami, naruszaniem dóbr, pornografią, cyber-stalkingiem itp. Rząd dał się złapać na ewidentnym kłamstwie i kiepsko maskowanej złej woli, dlatego teraz musi najpierw 1000 razy powiedzieć prawdę, żebym uznał zagrożenia za prawdziwe. Statystycznie powinno im to zająć milion lat. Jak małpie wklepanie całej twórczości Szekspira.

 

poniedziałek, 14 marca 2011
A jak nie będzie mi się na łożu śmierci chciało pić?

Przeglądam sobie za namową wzburzonej Lubej blogi dzieciatych pań, które za cel życiowy obrały sobie manie potomka. Chwała im za to! Właściwie chwała wszystkim, którzy obrali sobie jakikolwiek cel i nieważne, czy będzie to budowa domu z wykałaczek, sadzenie marchwi, objeżdżanie świata, walka o prawa czegokolwiek lub kogokolwiek, robienie kasy, czy protestowanie przeciwko krzyżom przydrożnym. To nie ma znaczenia. Nie ma znaczenia dla mnie, nie ma znaczenia dla, jak podejrzewam, każdej osoby, która czuje się spełniona, szczęśliwa sama ze sobą i przekonana o słuszności wyboru swojego pomysłu na życie.

Dlatego nie rozumiem koślawego i opresyjnego podejścia pewnej obecnie szczęśliwej(?) matki, która na swoim blogu uważa niedzieciatą resztę świata za gorszą, bo nieposiadającą owej prawdy objawionej, pozwalającej zachwycać się kałem latorośli, przez to, że kojarzy to z parafilią i zagrożeniem zarówno biologicznym, jak i estetycznym. Wyjaśnię.

Blogi owych pań składają się nie tylko z zachwytów i narzekań, ale też gorących zapewnień (samych autorek), że ich droga życiowa jest jedyną słuszną, a krytyka ze strony bezdzietnych jest niezasadna i nietrafiona, bo nie posiadają oni doświadczenia pozwalającego na krytykę. Ergo, matki są szczęśliwe, bo tak. Reszta tego nie zrozumie, bo nie. I tu zaczyna się fanatyzm.

Dygresja:

Z trochę innej strony: Podobnie wkurwiająca jest krytyka pod adresem singli. Nie znoszę jej, bo z automatu osoba wypowiadająca opinię na temat wyższości związku nad jego brakiem wydaje mi się niepewna swojej pozycji i przez narzucanie swojego poglądu innym uzasadnia słuszność swojej decyzji, podobnie jak czynią to kupujący Peugeoty. Ja nie jestem singlem, nie uważam przy tym, że mój wybór życia w związku jest jedynym słusznym. Być może jest najlepszy dla mnie, jako obywatela dzikowego w związku z tą konkretną Lubą, ale bynajmniej nie daje mi to prawa do krytyki singli czy żonatych. Nie wyobrażam sobie pytania zadanego znajomym, kiedy będą się żenić, dziecka płodzić, tak samo jak nie spytam znajomych, czy już przepchnęli doktorat (chyba że sami regularnie chwalą się postępami). Przyjaciół singli/żonatych/dzieciatych/karierowatych mogę spytać tylko, czy są szczęśliwi, czy ewentualnie mogę jakoś w osiągnięciu tej ich osobistej eudajmonii pomóc. Za nic nie mam prawa znajomym, którzy wyrażają swoje opinie, powiedzieć - zrób sobie dziecko, to zrozumiesz.

Wracając do dzieckoblogów:

Autorki często oskarżają mnie o niewydolność intelektualną. Że nie zrozumiem tego, nie wzruszy mnie tamto, że dopiero wrzask o 3 w nocy trójkilogramowego połcia mięsa pozwoli mi zapłakać nad Mufasą zadeptanym przez antylopy gnu. Tylko że... do czego mi to niby potrzebne? Ja naprawdę mam swoje cele, które z mniejszym lub większym powodzeniem realizuję i nie są mi do tego potrzebne dzieci, które na starość podadzą mi szklankę wody, bo będę wtedy wolał raczej 20-letnią ukraińską pielęgniarkę z kuflem piwa i tabletką viagry. Dlatego podejrzewam, że - zgodnie z typową dla niepewnych swoich racji fanatyków reakcją - matki z blogosfery same siebie przekonują, że są szczęśliwe, bo miliony much, zachwycających się zawartością pieluchy, nie mogą się mylić.

Dygresja druga:

Mam wątpliwą przyjemność parkować przed osiedlowym przedszkolem. W okolicach wczesnego popołudnia nie sposób tam nie tylko znaleźć miejsca, ale nawet wyjechać, dlatego że tabuny matek w potrzebie (odebrania pociechy) parkują cokolwiek balistycznie, znaczy zagradzając zaparkowane prawidłowo samochody mieszkańców bloków, blokują cały jeden pas (z dostępnego jednego), stając SUV-ami w sposób, który zasłania wszystkich przechodzących w dowolnych miejscach przez ulicę (A jak? Wszak oni z dziećmi!). Będąc kierowcą raczej spokojnym i spolegliwym nie rzucałem się do gardeł mamuśkom, dopóki nie zarzuciły mnie argumentami "bo po dziecko", bo "tylko na chwilę", bo "odebrać". W ogóle do nich nie docierało, o co mi właściwie chodzi. Przecież one przyjechały PO SWOJE DZIECI, dlatego nie istnieje argument popierający moją chęć wyjazdu, a sama chęć wyjazdu jest lekko abstrakcyjna.

Podany wyżej przykład jest materializacją koślawego obrazu matki-Polki, namiestniczki Maryi-już-bynajmniej-nie-dziewicy, polskiej feministki środowej domagającej się żłobków na stadionach. Chcecie forsować ten model? Proszę bardzo, ale ode mnie wara. Ja mogę sobie pozwolić na śmiech lub zjebanie fanatycznej mamuśki, ale są osoby, które nie mogą mieć dzieci mimo starań przekraczających actus sexuales po trzech piwach na domówce. Proponuję, drogie matki: stańcie przed nimi i powiedzcie im prosto w twarz, że są gorsze. Wyzywam Was!

 

piątek, 11 marca 2011
Tsunami odcięło mnie od świata

To ja już wiem, że przez następny tydzień stronę Gazety będę włączał z przyzwyczajenia; sprawdzę ramówkę TOKu, żeby wyciąć wszelkie audycie nietematyczne, zamiast słuchać ciurkiem; z wytęsknieniem będę czekał na kolejne audycje DemocrayNow!. To samo było z okazji śmierci papieża, z okazji Smoleńska, zawału hali, rozpiżdżenia autobusu o filar, takoż merca Diany oraz samolotów o WTC. Zaczynam prorokować i widzę PRZESYT, widzę tę górę innych wydarzeń, które jakoś przejdą bokiem, bo są mniej dramatyczne; widzę łapanych na gwałt ekspertów z dziedzin, które przynajmniej stoją w alfabecie obok sejsmologii; widzę tabuny polityków importujących japońskie dzieci, żeby je ucałować w zapłakane oczka i zasmarkane noski.

I już chce mi się rzygać.

piątek, 04 marca 2011
[...]*fobem będąc

Coraz bardziej nasila się [...]ackie pokrzykiwanie. Że należy zakazać krytykowania panoszących się coraz śmielej w naszym kraju [...]ów, [...]stów i innych mniejszości. Teraz już nie przyjeżdżają, ale też próbują  wprowadzić swoje [...]istyczne, politpoprawne normy, zakazać normalnym ludziom wypowiadania słów [...], [...], [...] i [...]. Dotychczas lobbowali, protestowali, teraz dobierają się do ustaw. A ja się pytam: zapraszał ich ktoś? Jeżeli przyjechali i wypełniają obowiązki podatkowe, to powinni też spełniać społeczne i kulturowe, a czemu nie religijne? Szczególnie że coraz liczniejsze grupy [...]ów, [...]ów i innych [...]an nie pracują, a jeżeli już to na czarno. To jeden problem. Drugim są [...]iści, [...]istki i inni [...]anie czy [...]logi. Protestuję! Niech sobie siedzą w domach, w swoich gettach, a nie zakłócają porządek i dobre obyczaje! Nie potrzebujemy [...]terrorystów, nie chcemy [...]terrorystów. Nie chcemy blokad, marszów, protestów, chcemy swobodnie korzystać z języka moich przodków, swobodnie mówić [...], [...] czy [...].

*wstawić według uznania

Czy ktoś zrozumiał do czego piję? Do projektu SLD przygotowywanego we współpracy z KPH. Z założenia projekt jest głupi i populistyczny, sam pomysł ograniczania języka absurdalny. Problem "mowy nienawiści" (dygresja: czy wołacz "kurwo", "czarna stonko", "kurwisynu" itp. jest takoż mową nienawiści, jeżeli pada pod adresem moich sąsiadów, jak najbardziej heteryków-katolików, czy może przewrotnie pojmowanej miłości?) leży gdzieś indziej, nie w języku. Jeżeli ktoś odczuwa niechęć lub nienawiść do jakiejś grupy, to będzie ją artykułował przy pomocy pojęć, które uważa za obraźliwe, dla podkreślenia swoich emocji i poglądów. Jeżeli takich pojęć zabraknie, to znajdzie sobie nowe, najczęściej po prostu modyfikując znaczenie aktualnie stosowanych, a uznawanych za neutralne. Założę się, że po wprowadzeniu karania za określone pojęcia bardzo szybko inne terminy, obecnie uważane za neutralne, też staną się obraźliwe i tak będziemy układać owo domino bez końca. Podobnie zresztą było z debilem i kretynem.

Jakiś czas temu w wywiadzie dla GW wypowiadała się pańcia, która krytykowała używanie słowa Murzyn. twierdzi, że ma zabarwienie pejoratywne i rasistowskie. Wnioski być może i słuszne, z tym, że w PL nazwanie kogoś Żydem takoż nie jest uznawane za komplement, czy zatem zakazać słowa Żyd? A może także Rumun?  I kiedy zacząć cenzurowanie Twaina? A może zakazać tylko w określonym kontekście, gdy ich celem jest ranienie uczuć? Tylko, jak już się przekonaliśmy, wkładanie kwestii uczuć w ręce sądów jest tyleż głupie, co niebezpieczne.

Dlatego radzę państwu z Kampanii, z Sojuszu, a także wszystkim innym o wrażliwych uszkach: puknijcie się w czoło! Przeciąganie dyskusji poprzez ustalenie i zagarnięcie aparatu pojęciowego jest może i skuteczne, ale też wyjątkowo podłe. Przykładem niech będą "dzieci nienarodzone" w kontekście dyskusji o aborcji. Już nawet lekarze nie stosują słowa płód, przez co wszelka dyskusja z założenia jest prolajfowska.

Ze swojej strony gwarantuję, że wprowadzenie cenzury pojęciowej spowoduje stosowanie przez mnie wyłącznie określeń wymienionych w indeksie. Z tego powodu awansem przepraszam bardzo obecnych moich znajomych, wkrótce brudasów i lewaków, ekoterrorystów i trawożerców, żółtków i czarnuchów, rusków i szwabów, cioty i pedałów, heretyków i papistów, pojebów i wychowanych bezstresowo, mohery i fanatyków. Kilka z powyższych możecie też wybrać dla mnie.

czwartek, 03 marca 2011
Co jeszcze rząd może dla ciebie zrobić?

Co może ukochany nasz rząd może dla mnie zrobić? Jest mnóstwo takich rzeczy, na różnych płaszczyznach: społecznej, gospodarczej, politycznej. Wymienię tylko kilka, kierując się dotychczasowymi zainteresowaniami platfusów, ale też poprzedników:

1. Pogonić mnie, dla mojego dobra, do zarejestrowania niniejszego czasopisma internetowego, a następnie objąć kontrolą, żebym nie narażał się na bluzgi, procesy, odszkodowania. Rząd może to osiągnąć mandatami.

2. Zablokować strony, od których robaczywieje mi mózg. Proponuję wszystkie strony szkodliwe w kontekście rozwoju kulturalnego, politycznego, społecznego, gospodarczego i oczywiście seksualnego. Mam już nawet kilka propozycji.

3. Uszczelnić kontrolę nad hazardem elektronicznym. Nieświadomie narażam się bowiem na poważny uszczerbek w kieszeni i w psychice. To gorsze niż lichwa, a ta przecież nie bez przyczyny była zakazana, dopóki nie przeforsowało jej lobby zapewne żydowskie.

4. Odciąć mnie od substancji psychoaktywnych - wszelakich! Odtąd nie będę ryzykował odlotu przy tarkowaniu gałki muszkatołowej do szpinaku, zatrucia przy klejeniu obuwia, herc klekotu po kawie i pseudoefedrynie, wolkańskiego porządku pod czaszką po ritalinie itp. Niestety moja inwencja w sferze odurzania się jest ograniczona. Proszę o konsekwencję - rząd powinien zdelegalizować alkohol takoż. Wiem, wiem, budżet się zawali, ale i na to jest rada - równowartość wpływów ściągać od wszystkich obywateli.

5. Zaangażować mnie w sport bierny poprzez finansowanie infrastruktury i samych imprez dla piłkarskich faszoli. Widowiska te, wraz z imprezami towarzyszącymi, cieszą oczy i uszy całego społeczeństwa, każda ustawka to ok. 8h dyskusji w TVN24 + konferencje polityków + komentarze do konferencji polityków + analizy komentarzy do konferencji polityków o ustawkach. Że nie wspomnę o 3 linijkach wierszówki w "Fakcie" (czyli o całej pierwszej stronie). Nie dziwię się i nie pomstuję, że w takich okolicznościach brakuje kasy na sport czynny, czyli na sportowe zajęcia pozalekcyjne, ośrodki sportu, czy nawet na dodatkowe godziny WF-u.

6. Nie tłumaczyć mi i nie nakłaniać do myślenia o mojej emeryturze. Strasznie mnie bowiem to myślenie o emeryturze, jak i w ogóle o starości, strasznie przygnębiało. Teraz wiem, że rząd mnie wyręczy. Nie tylko zadba, żebym o emeryturę zadbał, zainwestował w nią, ale też zadba o sposób tego inwestowania. Wyjmie pieniążki, wybierze OFE, a potem znajdzie OFE lepsze, czyli ZUS. Dzięki Rostowskiemu wiem, co dla mnie dobre. Dziękuję.

7. Zakazać mi nierozsądnego rozporządzania moim majątkiem, np. przez nieodpowiedzialne kredyty walutowe. Popieram te działania - ostatnio prawie że wrzuciłem do pralki 50,-. Co prawda nie gubię milionów i miliardów po drodze, ale to łatwo wytłumaczyć: gdybym miał, to pewnie od razu bym zgubił. Tutaj też widzę troskę rządu - nie pozwoli mi posiadać za dużo pieniędzy, które mógłbym zgubić. Dziękuje za ten VAT, szczerze dziękuję.

8. Pozwolić mi poczuć się jak obywatel prawdziwego mocarstwa. Irak i Afganistan mnie nie przekonały, dlatego proponuję wleźć z butami do innego kraju. W innym krajach też z pewnością znajdzie się jakiś terrorysta, a każdy terrorysta to jeden porwany i rozbity o PeKiN samolot. A co, jeżeli w jednym kraju jest ich dziesięciu? Strach pomyśleć o tych niewinnych ofiarach? Co prawda w Iraku cywilów zginęło z milion, ale to widocznie ofiary winne.

9. Rozbudować moją samokontrolę i odpowiedzialność za słowo pisane i mówione, nie pozwolić na nieprzemyślane poruszanie się po kraju. Lokalizacja poprzez GPS, bankomaty i zapowiadane RFID w nowych dowodach osobistych cieszy mnie niepomiernie, dzięki temu czuję, że nie zrobię sobie krzywdy, np. nielegalnie manifestując przeciwko faszystom.

10. Zadbać o mój rozwój duchowy, który to rozwój niezwykle jest kosztowny. Tylko odpowiednia infrastruktura i personel zapewnią i spokój ducha i (być może) miejsce w Królestwie Niebieskim. Wiem, że antychrysty krytykują fundusz kościelny, komiczną komisję majątkową, religię w szkołach, udział polityków w gusłach itp., ale to przecież antychrysty z definicji i ludzie małej wiary. Moja też coś mała, ale zapewne dzięki Świątyni Opatrzności urośnie.

Jest tego dużo więcej, a nawet więcej niż dużo więcej. Zamknę może odpowiedzią na pytanie zadane w temacie:

Co jeszcze rząd może dla ciebie zrobić? A czego mógłby nie robić?

 

Gdzie są prawa zwierząt?

Ano pytanie w temacie jest banalne, ale pozwolę sobie odpowiedzieć na nie po kilku dygresjach, które wskażą możliwe odpowiedzi.

Ze dwa lata temu ganiałem z technikiem od weterynarii po gospodarstwach powiatu piskiego, co by odkazić obory, dzięki czemu krówki nie będą wdychać pleśni i innych mikrobów. Technik ów kopnął był cielaka, gdy cielak depnął na wąż, który rozciągnęliśmy na ziemi. Ale się zdziwił, gdy mu zagroziłem donosem do przełożonych, bo kopanie zwierząt jest zadawaniem zbędnego cierpienia. Naprawdę się ZDZIWIŁ! Siałem też popłoch wśród rolników. Pies na łańcuchu, bez wody, brudne chlewy, ranne zwierzęta. Po każdym dniu oprysków mogłem sporządzić całą listę naruszeń, z których (niestety) liczne stanowiły tylko naruszenia mojej estetyki.

W kolejnym sezonie zastosowałem inną metodę. Rolnikom przytaczałem unijne zalecenia i wytyczne dot. warunków hodowli. Ponieważ są to zalecenia, to nikogo nie wiążą, ale mało kto o tym wie, nawet jednego z PIWetów udało mi się "zmylić". Ale wracając do metody. Rolnicy byli szczerze przestraszeni perspektywą mandatów, długą listą uchybień. Wtedy zorientowałem się, że większość z nich to kutwy i lenie. Stan zwierząt wynika z chęci oszczędzenia 15 groszy i 15 minut wysiłku, dlatego mają brudno, nie mają wody, są zaniedbane.

Miałem nieprzyjemność interweniować kilka razy w sprawie naruszeń dobrostanu do PIWetów w całej Polsce. Czasami miło byłem zaskoczony chęcią współpracy, działaniem, które mogło doraźnie poprawić sytuację zwierząt. Często straszenie mandatem, czy sama wizytacja "inspektora" wystarczała. Zazwyczaj jednak PIWet odpisywał (po 30 dniach!), że brakuje jakichś danych we wniosku, albo że ma związane ręce, w domyśle, że to nic nie da, a będzie w chuj papierkowej roboty.

Przy okazji wizyt w centrach handlowych zawsze odwiedzam sklepy zoologiczne. Na szczęście nieprzyjemne incydenty mogę policzyć na palcach jednej ręki. Zazwyczaj pracownicy od razu usuwali naruszenia, często trwale. Najczęściej też wynikały one z niewiedzy. Kilka razy byłem wyjątkowo miło zaskoczony wysiłkami pracowników, aby wyleczyć chore zwierzęta.

Kilka razy rozmawiałem z królikarzami, freciarzami, znajomymi z Vivy!. Pracowali nad projektem nowej ustawy o ochronie zwierząt. Każde z nich miało inne wyobrażenie i inne oczekiwania. Nie powiem, że idealistyczne podejście aktywistów mnie zdziwiło, ale zniechęciło. Zakaz ferm futerkowych, sprzedaży zwierząt w sklepach zoologicznych itp. Mając w potylicy obecność PSL na kształtowanie polityki przekonywałem, że nie ma szans na rewolucyjne zmiany, bo Sawicki z Pawlakiem dostaną piany, że "ekoterroryści" próbują zlikwidować polskie rolnictwo. Że przypomnę obronę chowu klatkowego przed UE, a wcześniej tuczu gęsi. Zmiany muszą być kosmetyczne, a zatem częste, żeby mogły wpłynąć na poprawę sytuacji.

Wnioski, a zatem odpowiedź na pytanie:

W przypadku większości społeczeństwa w dniu dzisiejszym prawa zwierząt są w dupie. Wynika to z lenistwa i skąpstwa, czasem z nieświadomości. Ta ostatnia sytuacja jest najłatwiejsza do rozwiązania, dlatego należy na każdym kroku wspierać inicjatywy uświadamiające, np. organizowane przez "Gaję". Skąpstwo i lenistwo należy leczyć tym samym środkiem - finansowym. Walić kary w rolników, właścicieli sklepów i hurtowni, także w PIWetów, którym nie opłaca się wysunąć zadek zza stołka i pojechać na kontrolę. Czyli prawa zwierząt najlepiej wyjąć z dupy przez kieszeń.

No i koniec końców wyszedł banał.

 

P.S. Dodam, żeby nie było tak negatywnie. W trakcie objeżdżania gospodarstw często byłem miło zaskoczony. Obory były duże, bez łańcuchów, z dużymi pastwiskami. Widać było, że gospodarstwo działało: cały czas ktoś coś sprzątał, poprawiał, karmił, poił. Z rozmów dowiedziałe się, że cały czas inwestują, piszą wnioski, kasują pieniądze unijne z każdego możliwego źródła. A krowy nie wiały przed obcym-mną, tylko podbiegały zainteresowane, wtykały śluzawice do kieszeni i pod kurtkę, zaczepiały językami. A rolnicy jakoś nie bankrutowali. Dziwne, prawda?

niedziela, 27 lutego 2011
Obicie zadka o grunt w imię sztuki

Nie przekonuje mnie wywracanie pudełka zapałek na lewą stronę, zapalanie lampek nocnych na gzymsie wieżowca i muchy łażenie po cyckach, co ma symbolizować to, co wytłumaczy mi twórca, kustosz wystawy i patron medialny, przy czym tym dwu ostatnim też wcześniej ową symbolikę wyjaśnił twórca. Dochodzi tu zatem do sprzeczności: albo obiekt jest w stanie u mnie wywołać skojarzenie z określonym problemem sam z siebie, albo wcale nie jest mi ten obiekt do osiągnięcia tego skojarzenia potrzebny, skoro ekwiwalent w formie wyjaśnienia kieruje mnie bezpośrednio na cel powstania tego obiektu. Podejrzewam wówczas, że wszyscy zainteresowani pieszczą swoje filautie, a odbiorcy są potrzebni takim twórcom w formie, z jakiej korzystają fanatycy - im nas więcej, tym bardziej mamy rację. Dzięki temu twórca staje się twórcą sławnym, kustosz staje się gospodarzem wystawy sławnego twórcy, a patroni medialni i sponsorzy mogą pochwalić się wspieraniem sławnej wystawy sławnego twórcy.

Niby wszyscy happy, nawet hipsterzy, którzy mogą "pobyć" w przerwie między występem kabaretu "Barbie Girls", a niuejdżowską kawką w Starbucks o smaku przełamanym zapachem ciuchów w modnym (czyli niemodnym) second-handzie. Problem tylko w tym, że ktoś na to wykłada kasę od Zdrojewskiego, co już ciapkę mnie wkurza i nieodłącznie przywodzi skojarzenie z filmem "Poszukiwany, poszukiwana", w którym muzeum kupuje obrazy, żeby malarz nie zdechł z głodu, czyli daje mu jałmużnę. Dochodzę przy tym do wniosku, że Kazik nie do końca miał rację: artyści to nie tylko kurwy, ale i żebraki, które ciągną ze skarbu państwa nie "na dziecko" czy "na raka", ale na "rozwój wrażliwości".

Spędziwszy 1/3 życia w szkołach artystycznych (hobbystycznie, ale z wyróżnieniem) widzę potrzebę odchamiania tłuszczy, nawet nie dlatego, że z coraz większym odsetkiem osób nie da się porozmawiać nie dlatego, że są niewykształcone, ale dlatego, że nie warto. Po prostu równanie kultury w dół odbija się na każdej płaszczyźnie, nieuchronnie wiodąc nas do wizji Huxley'a, która bardziej przeraża mnie od orwellowskiej, bo w tej ostatniej można przynajmniej zidentyfikować wroga.

Z tym że sposobem na podniesienie poziomu wrażliwości kulturalnej nie są piramidy zwierząt i piramidy innych głupot. Należy zacząć od szkoły, nie tylko poprzez zwiększenie ilości godzin poświęconych sztuce, ale też zajęć pozalekcyjnych. Przecież nawet najbardziej oddany nauczyciel sztuki nie wyłapie utalentowanego ucznia poprzez wkuwanie historii muzyki czy architektury, nawet zajęcia praktyczne dają ograniczone możliwości, jeżeli nie będzie gdzie takiego predysponowanego ucznia "odesłać". Nie zamierzam tutaj wieszać psów na domach kultury, bo do tych domów kultury ktoś musi uczniów skierować, czasem wręcz zaprowadzić, ośmielić. Muzea, teatry i galerie też mają do odegrania niemałą rolę, ale ich poziom komunikacji jest żenujący. Nie działają w stylu Centrum Nauki Kopernik, ale są przez swoje wystawy hermetyczne - nie dzieje się w nich nic, co mogłoby przykuć uwagę osób spoza samego środowiska (którego to przedstawiciele wystawę muszą obejrzeć , żeby zjebać kolegę) lub wspomnianych wyżej snobów. Nie objaśniają, nie zachęcają, nie ułatwiają kontaktu odbiorcy, którego jedyny kontakt z tańcem nowoczesnym przyjął formę UCanDance. Wycieczka szkolna do muzeum przypomina jednorazowy datek dla WOŚP - odwiedzający czuje, że odpieprzył pańszczyznę i do następnego finału wystarczy. A odbiorca raz zniechęcony poziomem golizny przekraczającym kołtuński obraz rzeczywistości, czy po prostu znudzony wystawą gaśnic w doniczkach, nie wróci, co więcej, zrazi się do sztuki bardziej przystępnej, ale dla osoby nieedukowanej artystycznie ambitnej, czyli rozwijającej. Z czasem ośmielony odbiorca na tyle dokształci się artystycznie, że dojdzie do wniosku: w muzeum jest nudno i nie ma gdzie usiąść, a do teatru nie ma sensu chodzić, skoro wygodniej śpi się we własnym łóżku.

Miałem ostatnio nieprzyjemność przekonać się o całkowitym oderwaniu od rzeczywistości osób, które powinny nieść w dziedzinie kultury kaganek oświaty. Otóż leśne dziadki z ASP chciały krzesło. Ingerowały w projekt studenta, ingerowały, aż pojawiła się konieczność poprawienia "stabilności" makiety, w czym chętnie pomogłem. Zwracam uwagę, że była to praca jak najbardziej praktyczna - studentowi zlecono zrobienie przedmiotu użytkowego, nie jakiegoś artefaktu, który w CSWZU będzie "szczególną mieszaniną barw pobudzać u odbiorcy systema sympathica i łagodnością form zwiększy produkcję endorfin, przez co świat wyda się piękniejszy". To miało być krzesło do siedzenia.

W ciągu tylko x godzin montowania elementów dowiedziałem się, że krzesła nikt nie "policzył" (sic!), a każde podważanie wytrzymałości konstrukcji powodowało u profesorstwa święte oburzenie bezczelnością studenta, który widać bardziej wierzy inżynierom niż artystom sztuk tyleż pięknych, co bezużytecznych. Trzeba bowiem wiedzieć, że krzesło było niebrzydkie, tyle tylko, że niefunkcjonalne. Zresztą jak cała sztuka wysoka. Tak wysoka, że - porównując do wspinaczki - na wstępie otrzymuje się co najmniej Mount Blanc, a na drugie podejście K2 zimą. Zapomina się, że dla większości osób marsz na Trzy Korony jest ponad siły.

Dlatego dystans pomiędzy sztuką użytkową i sztuką wysoką będzie rósł. Sztuka użytkowa nie potrzebuje Zachęty i przyszłego Centrum Sztuki Współczesnej, a sztuka współczesna nie potrzebuje odbiorców, skoro ma granty umożliwiające przeżycie. Chociaż może jest nadzieja? Czasem popularność "chałupniczego" street artu zmusza Artystów do zejścia z chmur, gdzie stali się zupełnie niewidoczni (tzw. niezrozumiali), a zatem niepotrzebni. A ktoś ich musi wielbić, bo dostają pierdolca i rzucają wówczas mięchem pod adresem takiej Dody.

 

12:37, dzikowy
Link Komentarze (1) »
wtorek, 22 lutego 2011
Samogwałt nad zdjęciami roznegliżowanego marketingu

Żeby nie było: Nie lubię współczesnego modelu "kreowania marki", nachalnego marketingu i wciskania mi, że oranie sobie pośladków i pach maszynką o 10 ostrzach świadczy o moim stylu, naklejanie nadgryzionej świętej psiary na zderzaku o przynależność do elitarnej grupy appleszonów, a picie niuejdżowskiej kawy o intelektualnej i duchowej predyspozycji do bycia poza mainstreamem.

Do tematu. Ostatnio na agorowych portalach mnożą się artykuły o "szeptaczach", którzy mniej lub bardziej nieudolnie zachwalają różne produkty. Owszem, płatnych postów przybywa, również procentowo, przybierają także coraz bardziej wyrafinowane formy, co oznacza, że rynek krzepnie. Coraz mniej jest postów jednozdaniowych z linkiem, natomiast na niezmiennie wysokim poziomie utrzymuje się odsetek dialogów:

- Kupiłam fajny odkurzacz firmy X, jestem bardzo zadowolona.

- Ja też kupiłam ten odkurzacz X i też jestem zadowolona.

- Naprawdę jesteście zadowolone z odkurzacza X, bo ja kupiłem odkurzacz X i jestem bardzo zadowolony.

- Jesteś naprawdę zadowolony? bo ja miałem wcześniej odkurzacz Y, ale z X jestem bardziej zadowolony.

Dyskusję często kończy post "Spam".

Nie dziwią takie dialogi. Firmy płacą od posta, a spamerzy, zresztą jak każda branża, pełna jest idiotów, którzy odbiorców uważają za idiotów, a siebie za natchnionych specjalistów, którzy sprzedają nie tyle produkt, co właśnie markę, czyli stylowe golenie dupy. Podejrzewam, że z czasem znikną. Średnio rozgarnięty odbiorca zorientuje się wkrótce (red. agorowi już/dopiero się zorientowali), że firma zlecająca kampanię ma go za idiotę, a skoro tak prymitywnie wciska kit w przypadku tego jednego produktu, to zapewne pozostałe promowane są równie nachalnie, co nieszczerze. Wtedy nawet niezależna opinia użytkownika lub eksperta będzie traktowana z przymrużeniem oka (i z kliknięciem na kosz). Podejrzewam jednak, że jestem przesadnym optymistą. W działach marketingu firm również pracują idioci postrzegający klientów jako idiotów. Często, niestety, mają rację. Dowodzi tego sukces Apple'a, Starbucks, Nike'a i innych firm sprzedających swoje naklejki, naszywki, kubki. Ludziska kupują to, bo mają wkodowane, że iPod jest czymś więcej niż radyjkiem ze średniej jakości słuchawkami, a McDonald's różni się od budy z zapiekankami rodzinną atmosferą.

Rozumiem, że świadomi konsumenci mogą bluzgać na plakaty, posty, bannery, kretyńskie reklamy w TV, photoshopa, fundacje i akcje charytatywne, które mają przekonać tłuszczę, że kupienie płynu do czyszczenia muszli klozetowej stanowi bilet do lepszego świata lub pozwala przyczynić się do poprawy sytuacji psów/dzieci/środowiska poprzez "1 grosik z każdego sprzedanego egzemplarza".

Tylko czemu zajmują się tym od dupy strony? Mnie osobiście bardziej wkurzają akcje protestu przeciwko jedynemu słusznemu kanonowi urody, parytet w reklamach AGD czy przeciwko spamerom. Nie podoba się forma promocji? Nie kupuj. Nie podoba się nachalny spam? Zawalcz tą samą bronią - spytaj o przestrzeganie zasad fair trade, no sweat czy testowania na zwierzętach; wyciągaj z sieci wypadki w fabrykach, tłamszenie związków zawodowych, samobójstwa, korupcję, niszczenie środowiska. Wbrew pozorom konsument walkę na posty ze spamerem wygrywa w przedbiegach, bo każdy koncern ma coś za uszami, a jeden celny post wyklucza całe forum z kampanii.

I tak wszyscy brandzlują się pławiąc w samozadowoleniu: działy marketingu nad planowaniem kampanii, spamerzy nad realizacją kampanii, świadomi konsumenci nad swoją przenikliwością, uświadomieni dziennikarze nad swoimi rewelacjami, uświadomieni konsumenci-społecznicy nad swoimi protestami, motłoch nad swoimi gadżetami, a ja nad swoim jadem.

I skoro wszyscy happy, to po jakiego wała to ruszać?

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7