| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
RSS
środa, 13 kwietnia 2011
Słoń w dom...

Postanowiłem zanabyć słonia. Wiem, są pewne przeszkody w sprowadzeniu tego zwierzaka, np. Konwencja Waszyngtońska, ale postanowiłem przyczepić mu połowę bułki do brzucha i drugą połowę na grzbiet, dzięki czemu bez problemu zadeklaruję go jako kanapkę. Drugim problemem jest transport - nie mam odpowiedniego pojazdu do przewozu zwierząt, bo chociaż Saabakuma świetnie sobie radzi w roli klimatyzowanego ambulansu dla świnek morskich, to znaczniejszych rozmiarów przecież słoń nie wejdzie ani w bagażnik, ani na kanapę, ani nawet do trumny na dachu. Postanowiłem, że zastosuję wybieg: przekonam pracowników stołecznego ZOO, żeby mi ZADEMONSTROWALI działanie ciężarówki na trasie Cargo... A nieeee, przecież to kanapka... na trasie od terminalu przylotów do miejsca docelowego. Transport słonia będzie hipotetyczny. Ładowany na budę zwierzak nie będzie słoniem sensu stricto, ale platońskim ideałem słonia. Dlatego ładowanie idei, która na dodatek jest kanapką, nie stanowi pogwałcenia żadnych procedur i przepisów.

Problemem jest brak wolnej przestrzeni w mieszkaniu. Słoń musi mieć "wybieg", a tutaj nawet się nie obróci. Myślę, że zbliżające się lato skłoni sąsiadów do opuszczenia własnych mieszkań w celu propagowania survivalu spod znaku Beara Gryllsa. Sąsiadów w pionie i poziomie. Po opróżnieniu bloku z przeszkód przeniosę się na parter, skąd łatwiej będzie mi wyprowadzać słonia na spacery. Będziemy biegać za piłką, urządzać przejażdżki i ogólnie dobrze się bawić!

Jedzenie to też pewien problem. Duży zwierz dużo je, a to kosztuje. Ale w sumie to gatunek objęty ochroną, więc niech się miasto zrzuci, albo inne ministerstwo. Podobnie na ogrzewanie, szczególnie zimą, bo jak zapowiedziałem lokal będzie miał słoń pokaźny.

Jeżeli uważacie, że wszystkie powyższe plany i rozważania są naciągane, pozbawione sensu i po prostu absurdalne, że po prostu słonia mieć nie mogę; to dlaczego połamana sąsiadka za oknem psa ma i właśnie sra tym psem, chociaż wyraźnie nie jest w stanie - nawet gdyby miała taki zamiar - schylić się po stolec?

słoń: Wikipedia

kanapka: www.triplepundit.com

poniedziałek, 11 kwietnia 2011
Scenka z życia cz.2

sobota, 09 kwietnia 2011
Scenka z życia cz.1

Tagi: praca
23:50, dzikowy
Link Komentarze (1) »
Głupota wyklucza

Nieczęsto zdarza mi się wstawać rano, a już w sobotę to ewenement. Dzisiaj "wyjeżdżając" świnkę morską przesłuchałem w drodze na dworzec prasówki w TOK.FM, nawet poczekałem z wysiadką z Saabakumy do końca relacji artykułu, w którym znajdowały się kuriozalne uzasadnienia odmowy wywieszenia plakatów kampanii "miłość nie wyklucza" w komunikacji miejskiej Ełku i jeszcze czegoś tam. Samo uzasadnienie było podobne do innych przypadków cenzury obyczajowej, podobna była też forma, chociaż przyznam, że nie spotkałem się z taką w oficjalnych pismach. Była tam bowiem mowa o "psuciu nastrojów pasażerów", "takich (pu zapewne puszczone oko) treściach", podano też, na usprawiedliwienie, przykład innej odmowy - plakatu reklamującego imprezę za pomocą roznegliżowanych panienek.

Uzasadnienia te mnie rozbawiły do czkawki. Wydawało mi się bowiem, że kampanie społeczne z zasady mają wywołać u odbiorcy dyskomfort, skłonić do refleksji. Dlatego kampanie dotyczące hospicjów opatrzone są zdjęciami bezwłosych dzieci, sprzątania po psowatych kształtnym stolcem, a reklamówka telewizyjna propagująca niezaśmiecanie jezior mazurskich wyglądała następująco:

 

A skoro już przy Mazurach...

Drugi nius był jeszcze śmieszniejszy. Dotyczył odnowionego budynku w Olsztynie. Przed wojną znajdowało się tam gimnazjum żeńskie, a w trakcie renowacji odkryto informujący o tym fakcie napis - oczywiście w języku niemieckim. Co z takim starym napisem postanowić zrobić konserwator zabytków? Zgadliście: zamalować.

Również w tym wypadku uzasadnienie jest tyleż banalne, co fałszywe - mianowicie, że gimnazjum już nie istnieje, dlatego pozostawienie (zabytkowego jednak) napisu nie ma uzasadnienia. W potylicy kołacze myśl wypowiadana czasami przez moich rozmówców, z którymi poruszam tematy "historycznie drażliwe": A po co o tym mówić, rozdrapywać? Komu to służy? Wiadomo przecież, jakie są nastroje.

Otóż nastroje zawsze były są i będą sprzyjające ignorancji i lenistwu intelektualnemu. Człowiek pogrążony w tej bajecznie komfortowej, leniwej morii może zanurzyć się w "Klanie", stymulować "Modą na sukces" czy inną "Uwagą". Wspominanie o Jedwabnem, o linczach na ludności mazurskiej, o macewach, którymi wybrukowany jest Nowy Sącz, o RedWatch, o grzebiących w śmietnikach staruszkach z owej morii wytrącają. Przypominają, że nie jesteśmy tym idealnym Narodem Wybranym, Zbawcą Narodów, który cierpi za innych w milczeniu, za to pozostaje nieskalany.

Taki napis na olsztyńskim budynku, plakat pary gejów w autobusie, jak również książka Grossa kalają, ale nie naród, nie państwo, a tylko sumienia. A na taki dyskomfort trzy zdrowaśki mogą już nie starczyć, te rozdziały trzeba bowiem dopisać do końca, a potem jeszcze wydać.

poniedziałek, 28 marca 2011
Ksenofobia nabyta, krótkotrwała.

niedziela, 27 marca 2011
Dyskryminacja w dostępie do wódki

Latem roku że_hoho_a_może_i_dawniej męczyłem nad Śniardwami czytadło pt. "PL-BOY". W jednej z dwóch części opisany był wyjazd integracyjny redakcji i towarzyszące mu atrakcje. Oczywiście takie imprezy w wielu przypadkach są po prostu okazją do dokumentnego zalania pały albo obfitego nasmarowania się wazeliną i włażenia szefostwu w replikatory żuka gnojarza.

Kilka takich imprez miałem okazję współorganizować. Było trochę pływania, trochę strzelania, jakieś zespoły, kapele i tańce, ale przede wszystkich było picie. Nie narzekaliśmy, bo najgorsze są japiszony nie do końca dop(b)ite i przez to agresywne, ale my mieliśmy bardzo zgrane drużyny zalewających się w kłody tak, że można z nich było zrobić tratwę.

W zasadzie już od pierwszego takiego eventu mogłem rozdzielić klientów na 4 kategorie:

1. Szefostwo - dobrze się bawiące, ze szpanem, rozmachem, czasami do śmieszności, zagarniające podwładnych do udziału w atrakcjach.

2. Nieobecni - czasami trafiali się ludzie, którzy obecni byli tylko ciałem. Wisieli na telefonach, przy komputerach. Albo jeszcze nie wyszli z pracy, albo z domu, gdzie ciągnęły ich jakieś niezałatwione, a pilne sprawy. Bardzo, bardzo dobrzy klienci.

Ale to baaardzo dobrzy.

3. Luzacy - liczna grupa wyznająca zasadę "firma stawia". Strasznie zajmujący dla sterników: wypływać, pokazać, łowić, zjeść, węgorzyk, sielawka, rude wódki, beczka piwa, koncert, kusze, konie, grzaniec, skutery. Krótko mówiąc, przyjechali się pobawić i robili to na 100%.

4. Wąskodupcy - równie liczna grupa, która przyjechała z musu i bardzo, ale to bardzo starała się pokazać, że się dobrze bawi, a przy tym podlizać szefostwu. Byli nawet bardziej zajmujący. Rzucali się do wszystkiego - steru, szotów, kotwicy - i starali się wykonywać wszystko absolutnie doskonale. Jakbym szkoleniówkę prowadził. Luzacy potrafili całymi godzinami rzeźbić w kącie martwym i nic sobie z tego nie robić. Wąskodupiec w łopocie zaczynał się trząść jak fok. Byli absolutnie szczęśliwi, gdy głośno (głośno!) się ich pochwaliło, przy czym rzucali okiem na szefostwo, czy słyszy. Wyglądali na wrzodowców.

Nigdy tych ludzi potem nie spotkałem, ale mogłem powiedzieć, kto z nich wcześniej awansuje albo utrzyma się przy redukcji: nie wąskodupi.

Do czego zmierzam: ostatnio pojawiła się na gazecie relacja art. z Rzepy, że kobiety, choć lepiej wykształcone, doszkalające się, oczytane, ciężej pracujące, zarabiają mniej, rzadziej awansują. Nie podważam tych wyników, mogę jednak dodać, z czego to może wynikać:

Większość wąskodupych to kobiety, większość luzaków to mężczyźni!

Kobiety rzadziej wychodziły z pracy, ze swojej korporacyjnej roli, uważały rejsik + ochlej (w różnych proporcjach) za kolejne zadanie do wykonania, czym wkurwiały szefostwo, które chciało oderwać się na chwilę od firmy. Dlatego wąskodupcy co chwilę popełniali gafy, psuli zabawę lub atmosferę. Co ciekawe, tak bardzo i z taką sumiennością angażowali się we wszystkie punktu programu, że najczęściej to ich trzeba było zanosić na jachty (i układać do snu na pokładzie z powodów BHP i sanitarno-epidemiologicznych). Po dwóch dniach nikt nie mógł już na nich patrzeć. Szefostwo dobrze bawiło się z luzakami, wąskodupcy krążyli wokół, a na zupełnie innej orbicie wisieli nieobecni.

Założę się, że nawet jeżeli przed imprezą wąskudupcy mieli niezły stan licznika do awansu czy podwyżki, to zrobili sobie reset. Jeżeli bowiem szefostwo wybiera się raz do roku dobrze bawić się z zespołem, to pewnie nie chce, żeby ktoś im tę zabawę zepsuł. Dlatego potem mogą się na nich, nawet podświadomie, mścić. I dobrze, bo mnie też wkurwiali.

Dlatego apeluję do socjologów: weźcie pod uwagę takie kryteria, jak umiejętność spędzania wolnego czasu, dystansu do pracy i firmy, pewność siebie. Wbrew pozorom wcale nie są takie nieistotne.

 

sobota, 26 marca 2011
Implementacja

Wyrwany do tablicy

Dygresja 1:

Jednym z pierwszych moich wspomnień jest wizyta z białopiskimi wetami w jednym z PGR-ów, gdzie zostali wezwani do ciężko chorej świni. Pamiętam jazdę Tarpanem, CB czy inne radio, a także leżącą na boku i charczącą świnię, którą chwilę później uśpiono. Kilka lat później pomagałem przy badaniu mięsa w jednej z ubojni. Półtusze są gęsto poupychane w chłodniach, a trzeba je dokładnie obejrzeć, więc ja obracałem truchła na wszystkie strony, a wet badał. Czas ten mogę częściowo uznać za stracony, bo tylko raz mogłem sobie obejrzeć jeszcze ciepłego włośnia na trychinoskopie, z tasiemcami było trochę lepiej.

Przy okazji paranoi BSE miałem przyjemność bezczelnie wbić się na konferencję poświęconą BSE, która odbyła się na UWM. To było pierwsze moje spotkanie z tematem bez emocji, mitów i paranoicznego strachu. W drodze powrotnej z Olsztyna zatrzymaliśmy się na steki, chwaląc sobie okazyjną z powodu owej paranoi cenę.

Dygresja 2:

Gówniarzem będąc, dorabiałem sobie latem jako sternik na rejsach, do tego dbałem o aprowizację. Na jednym z rejsów, w niedzielę wieczorem, gdy cumowaliśmy w Rucianem Nidzie, dostałem telefon z "centrali". Podobno dzwonili rodzice dwóch rozżalonych załogantek, które skarżyły się, że nie mają co jeść, i w związku z tym, czy przepiliśmy kasę na papu? Sprawdziłem jachty i okazało się, że z tą górą żarcia możemy zaraz odbijać i odkrywać na nowo Amerykę, albo przynajmniej Islandię. To, czego nie było, to zielenina. Dziewczyny przehandlowały z innymi załogami konserwy, pulpety i inne takie za całe zielsko, jakie znajdowało się na łódkach, a w niedzielę wieczorem niczego nie mogłem już kupić, poza pizzą, hod-dogiem i mnóstwem wódki. Dziewczyny zatem opierdoliłem równo, że się wcześniej nie zgłosiły i poradziłem polować na wodorosty. Ostatecznie dopadłem jakąś sałatkę w jednej z restauracji, przez co budżet się zachwiał i tym razem załogi nie dostały wędzonego na jałowcu węgorza "spod lady". Potem zaproponowałem szefostwu, żeby do formularza zgłoszeniowego dodali rubrykę dietetyczną, ale uraz pozostał.

Dygresja 3:

Jakoś na początku XXI w. w Warszawie odbyła się manifestacja siły Rydzyka. Moherstwo przechodziło wtedy spod Dziadka Parkingowego na Krakowskie Przedmieście i gdzieś tam dalej, z pieśnią na ustach, krzyżem nad głową i Maryjką dyndającą na fladze z braku wiatru. Ponieważ moja uczelnia żywiła się w stołówce na rogu Moliera i Trębackiej, to wyszliśmy z kolegami z obiadu prosto w ten jadowity tłum, który pragnął nas wciągnąć w różaniec, "Bogurodzicę" lub kontrapunktujące fałszywie w tle "Boże, coś Polskę" i "Mazurka Dąbrowskiego". Odmówiłem, bo tłum był zgrzany i wonny, a ja po posiłku nie śpiewam i różańca nie znam, poza tym fragmentem, co to go buddyjka Oleńka za Jędrusia odmawiała. Na hasło "Co z ciebie za Polak-katolik?" odparłem, żem Mazur i luteranin, więc pytanie chybione. Wpierdolu jakoś uniknąłem, ale uraz pozostał.

Dygresja 4:

W lutym 2010 r. w "Zachęcie" odbył się panel dyskusyjny pt. ,,Strategie i efekty działań na rzecz zwierząt". Mogło być ciekawie, bo prelegentami byli ludzikowie z Gai i Greenpeace oraz z Empatii. Po tym spotkaniu moja opinia o Gai pozostała niezmiennie pozytywna, o Greenpeace bardzo się poprawiła, natomiast o fanatykach z Empatii poleciała w przepaść.

Szef Gai mówił bowiem o działaniach edukacyjnych i poszerzających wiedzę, o zwierzętach przez nich uratowanych i sposobach ich zagospodarowania.

Człek z Greenpeace zrelacjonował ostatnie akcje, cele, osiągnięcia i strategie.

Facet z Empatii zaczął napierdalać o kuchni wegetariańskiej i kłócić się z Jackiem Bożkiem, który uczy Polaków o różnicach między chowem klatkowym i wolnym wybiegiem, a powinien walczyć o zakaz hodowli kur w ogóle. Od tego momentu panel pt. "Strategie i efekty działań na rzecz zwierząt" stał się panelem kulinarnym, a przez to zupełnie dla mnie nieinteresującym. Wymieniłem się z Jackiem Bożkiem wizytówkami, minąłem empatycznych szerokim łukiem, obiecując sobie, że od dzisiaj muszę codziennie mieć w ustach kawał mięsa, choćby to oznaczało wyciućkanie świńskiej stópki. No i uraz pozostał.

Tyle dygresji.

Wczoraj zupełnie niepotrzebnie wdałem się dyskusję pod linkiem fundacji Viva! do wpisu na blogu. Wpis traktował o dietach wegetariańskich dla psów i kotów. Ponieważ takie pomysły kojarzą mi się ze starymi pudernicami strzygącymi i farbującymi swoje pudle, to miałem przyjemność skomentować wątpliwą sensowność pomysłu. Dyskusja była gorąca, w pewnym momencie, nie traktując przecież poważnie rozmowy z fanatykami, zacząłem się trochę nabijać i trollować, w związku z czym moje rzeczywiste poglądy na sprawę gdzieś odleciały.

Przedstawiam je poniżej:

1. Nikt mi nie zarzuci oderwania od rzeczywistości w kwestii produkcji mięsa i hodowli zwierząt. Samo zjawisko produkcji mięsa nie rusza mnie ani trochę. Docinki pod adresem zamiłowania peruwiańskiej kuchni do dań ze świnek morskich też są chybione, można je sobie zatem odpuścić. Jedyne, co mnie interesuje, to dobrostan zwierząt. Wszystkich ‑ domowych, dzikich, bezpańskich, hodowlanych. Nie to, czy są zabijane, ale jak, i czy cierpią wskutek ciasnoty, głodu, bólu.

2. Ów dobrostan zwierząt interesuje mnie bardziej niż dobrostan ludzi. Kompromis pomiędzy warunkami zapewnianymi zwierzętom a potrzebą możliwie niskiej ceny mięsa, żeby biedota też miała na kotlet, uważam za bezsensowny. Zawsze znajdzie się jakaś grupa, która nie będzie mogła sobie pozwolić to na mięso bydła Wagyu lub węgierskiego szarego, to na szynkę pompowaną solanką, to w końcu na MOM w pasztecie. Dlatego nie widzę powodu, żeby normy dotyczące chowu i uboju nie były dowolnie ostre. Najwyżej zostanę mięsożercą symbolicznym lub będę podjadał psy sąsiadów, którzy zapewnili im dobrostan, a ja zapewnię bezbolesny ubój.

3. "Myślenie gobalne" o ochronie środowiska mam w głębokim poważaniu. Właśnie sprawdzam wszystkie żarówki, żeby żadna w trakcie "godziny dla ziemi" nie zdechła. Nie dlatego, że chcę się przytruwać smrodem spalin, ganiać po asfalcie zamiast po lesie i pływać w basenie, nie w jeziorze, a na polach widzieć tylko jeden gatunek soi GMO odpornej nawet na promieniowanie gamma. Po prostu cała "ochrona ziemi" nie jest ochroną ziemi, a człowieka. Ziemia sobie poradzi, wielokrotnie sobie radziła w sytuacjach gorszych niż najazd 9 mld ludków.

Że zmiana klimatu - a bo to pierwsza taka zmiana?

Że wymieranie gatunków - a bo to pierwsze wymieranie?

Że niszczenie zasobów naturalnych - a czy my je wszystkie wypieprzamy w kosmos? Zostają przecież tutaj.

A tak naprawdę na zmianie klimatu straci tylko człowiek, na utracie różnorodności biologicznej traci tylko człowiek, zasoby naturalne są potrzebne przede wszystkim człowiekowi.

Dlatego proszę mnie nie męczyć zużyciem wody na wytworzenie 1000 kcal pokarmu pochodzenia roślinnego i zwierzęcego, potrzebną powierzchnią gruntów na uprawy lub pastwiska, ilością zastosowanej chemii. Bardziej interesuje mnie ogrodzenie pola/pastwiska, o które mogą się pokaleczyć dziki.

4. Zwierzęta są hedonistami idealnymi. Właściwie najlepszą definicję wymyślił Pratchett, że zwierzęta dzielą otoczenie na obiekty: a) które nadają się do kopulacji, b) które nadają się do jedzenia, c) przed którymi należy uciekać, d) kamienie. Od siebie dodam jeszcze te, na których można się wygodnie uwalić po posiłku/kopulacji/ucieczce. Tym samym zwierzęta można rozpieszczać , traktować rozsądnie lub się nad nimi znęcać, przy czym to pierwsze może być znęcaniem, jeżeli jest nierozsądne. Rolą człowieka, który podejmuje się zajmowania zwierzętami - czy jest to rolnik, czy hobbysta czy zielony pojeb zbierający porzucane u wetów świnki morskie - jest zaspokajanie potrzeb biologicznych zwierzęcia, a jednocześnie dbałość, żeby sobie nadmiarem tego zaspokajania nie zaszkodziły. Przykładem nadmiaru zaspokajania może być otyłość, nadmierne rozmnażanie czy UPORCZYWE LECZENIE.

5. Jak pewnie C. wiesz, zajmuję się zwierzętami porzuconymi, po testach, pseudohodowlach, ze spieprzonym przez głupich właścicieli zdrowiem. Robię to kosztem swojego czasu i pieniędzy. Zakres obowiązków bywa różny, ale często jest to: wizyty u weta i operacje, podawanie leków przy sprzeciwie rzucających się zwierząt, zmiany opatrunków, karmienie na siłę co 4 godziny. Nie skarżę się, bo nikt nie zmuszał. Jednocześnie lubię opierdalać wszystkich naokoło, gdy naruszają dobrostan. Mam do tego prawo, bo sam czynnie działam na rzecz utrzymania dobrostanu zwierząt, które miały szczęście/pecha trafić do mnie.

Takiego prawa nie mają niedzielni ekolodzy, których cała energia idzie w opracowywanie jadłospisu i wpisania 1% podatku na fundację Viva!. Co więcej, ja sam nie mam prawa wydzierać się na gadziarzy, hodowców pająków i innych drapieżników. Mają oni takie samo prawo dbać o dobrostan swoich zwierząt, jak ja moich, a to, czy boa pożre ryjówkę na wolności czy w terrarium, jest takim samym zjedzeniem ryjówki.

Nie mam też prawa wpychać schabowego w gardła wegetarian. Szczerze mówiąc, uzasadnienia etyczne, ewolucyjne i dowolne inne mi wiszą. Wiem, że okopaliśmy się w dwóch obozach i będziemy się obrzucać granatami, a połączymy siły, gdy ktoś przyjdzie nasikać do jedynej rzeczki wzdłuż frontu. Dlatego Ty mi pomagasz, gdy zgłaszam potrzebę interwencji, a ja udzielam się w miarę moich możliwości i wiedzy, gdy poproszą mnie freciarze, królikarze i itd.

I tutaj przechodzimy do meritum. Uważam że blog Vivy! promuje naruszanie dobrostanu zwierząt. Otóż wyszliście z okopu i chcecie nasikać do naszego wspólnego strumienia - tak właśnie postrzegam promowanie karmy wegetariańskiej dla drapieżników, czyli działanie wbrew pkt 4 niniejszego wpisu. I tutaj kryteria biologiczne, ewolucyjne i etyczne zaczynają mieć znaczenie. Przepraszam, etyczne nie, bo zwierzęta nie wypracowały sobie etyki, chyba że ów wspomniany przeze mnie hedonizm. Ale wypracowały go ewolucyjnie, czyli biologicznie. Zmuszanie zwierzęcia do jedzenia karmy dla niego nienaturalnej w imię poglądów etycznych właściciela jest zaniedbaniem, jest naruszeniem dobrostanu. W przypadku moich zwierząt stosuję, z powodzeniem, praktyczną wariację na temat brzytwy Ockhama – bytów nie mnożyć, teorii nie tworzyć, tłumaczyć rzeczy jak najprościej. Dlatego dobierając jadłospis, kieruję się wiedzą o tym, co moje zwierzaki jadłyby w swoim naturalnym otoczeniu, i dlatego nigdy nie spytam na forum „czy świnka może jeść pasztet?”, ale raczej o zamienniki naturalnych w diecie tych zwierząt pokarmów, które u nas nie występują – problem np. w przypadku kapibary. Oczywiście stosuję też granulaty, są to karmy przetworzone, usupełniające dietę takimi elementami, których nie jestem w stanie zapewnić w naturalnej diecie. Metoda się sprawdza, mimo że nie faszeruję prosiaków „podręcznikową” ilością wit. C, nie mam połowy warzywniaka w lodówce, kolb, kulek, wapienek, dropsów i innego szkodliwego dla zdrowia i niebezpiecznego chujostwa bez żadnych atestów, a mimo to problemów ze szkorbutem, osteoporozą, paraliżem itd. zwierzaki nie miały od lat (z wyjątkiem tych, które trafiają do mnie ze szkorbutem, osteoporozą, paraliżem itd.).

Dlatego właśnie promocja wegetariańskiej diety psów/kotów stawia Was w jednym rzędzie z hodowcami przemysłowymi stosującymi dodatki pochodzenia zwierzęcego w paszach przeżuwaczy. To jest tak samo nienaturalnie, to jest tak samo potencjalnie szkodliwe, to jest tak samo złe. I jeżeli jeszcze mogę zrozumieć, że krowy dostają mączkę kostną, żeby szybciej rosły, czyli dla zwiększenia zysków, albo koncentraty dla oszczędności pracy i miejsca, to eliminowanie mięsa z diety drapieżników i wszystkożerców w imię ideologii jest bez sensu.

Oczywiście nie będę robił afery pt. naruszanie art. 9 ust. 1 ustawy o ochronie zwierząt, który zobowiązuje do zapewnienia „odpowiedniej karmy”, nie będę też Was obrażał, się obrażał, w ogóle wyczerpałem temat.

Jedyne co zrobię, gdy trafię na kolejną publikację o kociej diecie wege, to:

 

P.S.: Przykro mi, ale w tym roku 1% dostanie Bożek.

piątek, 25 marca 2011
Nomenklatura unijna

wtorek, 22 marca 2011
Cyloni w Libii

SPOILER ALERT!

 

 

 

 

Pod koniec drugiego sezonu remake'u serialu Battlestar Galactica wśród Cylonów dochodzi odo zmiany filozofii, a w konsekwencji polityki w stosunku do ludzi. Odtąd już nie chodzi im o wyniszczenie ludzkości, ale o współpracę - budowę wspólnego społeczeństwa, w którym wszyscy będą się kochać i przytulać, i organizować pochody z okazji Dnia Kolonii. Eksperyment ten oczywiście nie wychodzi - Cyloni zaczynają regularną okupację nowej kolonii ludzi ze wszystkimi jej konsekwencjami: ruchem oporu, tajną policją, torturami, egzekucjami itp. Cyloni chowają się przed ludźmi za murami, a ludzie klepią biedę po namiotach.

Jak bezbłędnie wątek ten wpasowuje się w politykę USA i NATO w odniesieniu do kolejnych "wyzwalanych" i "demokratyzowanych" państw. Wyzwoleni Irakijczycy jakoś nie wiwatują, podobnie Afgańczycy. Podejrzewam że Libijczycy, zanim cała heca się skończy, będą mieli serdecznie dość USA, Francji i całego "Zachodu". Skończy się wieloletnią okupacją, tysiącami ofiar wśród cywilów, partyzantką i zamachami bombowymi wymierzonymi w kolaborantów. A agresorzy nadal nie będą rozumieć, o co tym wyzwalanym przecież Libijczykom chodzi? Gdzie ich wdzięczność?

Podejrzewam, że tzw. misje pokojowe, stabilizacyjne, podejmowane w obronie cywilów, praw człowieka, konwencji i porozumień międzynarodowych zawsze będą kończyć się podobnie, bo problemem wcale nie są czyste intencje, strategia militarna, a później gospodarcza i społeczna. Kłopot tkwi w dużej dysproporcji siły pomiędzy siłami "pomagającymi", a państwami, do których włażą z butami. W takim przypadku zawsze ze strony agresorów pojawia się, nawet maskowana, arogancja. Skoro nasze państwa są dostatnie, silne, dobre, spokojne itp., to znaczy że wartości stojące za tym państwem również są nadrzędne. I nawet jeżeli dowódcy i politycy wzbraniają się przed stworzeniem takiego wrażenia, to ci pojedynczy żołnierze, policjanci, dyplomaci czy pracownicy cywilni będą coraz bardziej wkurzająco działać na tubylców. Nawet jeżeli nieświadomie, to przecież nie zamieszkają w tych samych warunkach, nie ograniczą swojego rażącego w oczy stanu posiadania, nie zrezygnują ze swojego sposobu życia. Samo to spowoduje, że z czasem odgrodzą się od reszty murem podobnym do tego, który wyrósł na New Caprica. Frustracja miejscowej ludności wydaje się nie być brana pod uwagę przez "stabilizatorów", a jest to siła potężna, nawet jeżeli nie jest przyczyną powstawania oporu, to w połączeniu z innymi może być wcale wrażliwym cynglem. Szczególnie że, przynajmniej w Libii, ludzie już są sfrustrowani, dodatkowy impuls nie jest im wcale do wybuchu potrzebny.

Być może sposobem jest wybór najeźdźców na podstawie zbliżonego PKB? A może po prostu dobrego rozwiązania po prostu nie ma. Dlatego, mimo że w przypadku Libii mogą zaistnieć argumenty etyczne przemawiające za interwencją, to obawiam się, że obejrzymy kolejny Irak i kolejny Afganistan. A raczej długo będziemy oglądać.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7