| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
RSS
wtorek, 24 maja 2011
Chciałbym, a boję się...

 w tym temacie bliżej nam do Gandhiego jednak: "Zasada oko za oko uczyniłaby wkrótce cały świat ślepym, Jest wiele powodów, dla których jestem przygotowany na śmierć, ale nie ma żadnego, dla którego gotów byłbym zabić."

To odpowiedź pewnej osoby zza fejsowego profilu „Miłość nie wyklucza” na moją propozycję zaproszenia Antify do ochrony marszów i parad równości. Głęboko się z tą opinią nie zgadzam i zaraz wyjaśnię powody.

Propagowanie projektu związków partnerskich odbywa się w większości przypadków na ulicach. Sama inicjatywa „Miłość nie wyklucza” jest inicjatywą plakatową. Poza tym odbywają się marsze i manifestacje uliczne, happeningi i inne zgromadzenia redukujące inteligencję tłumu do najbardziej upośledzonej jednostki, według wzoru Le Bona. Nie bez znaczenia jest także działalność w wirtualu: mnogość blogów, stron, profilów na portalach społecznościowych, artykułów na portalach „tematycznych” i ogólnych.

Wszystkie te działania są wyjściem naprzód, czyli konfrontacją. Mamy bowiem społeczeństwo radosne i pogrążone w bezmyślności karmionej „Piratami z Karaibów”, „Plebanią” i innym tańcem z gwiazdami na lodzie mającymi talent, które nie życzy sobie, żeby im jakieś tęczowe pedalstwo wyskakiwało z innym modelem związku niż uświęcona para (różnopłciowa), uświęcona gromadka dzieci, uświęcona żona w garach, uświęcony ochlej przy wypłacie, a zaraz potem uświęcony wpierdol od nawalonego męża. Owo społeczeństwo na próby zakłócenia tej eudajmonii zareaguje agresją. To aksjomat, który trudno mi poprzeć jakimiś wynikami badań, ale wynika to z fanatycznej (bezmyślnej) wiary w porządek „jak za dziadów”, który jakoś działa. Jest wygodny, leniwy, pasywny. Jak „Summertime” Gershwina, chociaż w tym wypadku chyba przesadziłem z wyborem – Rubik by wystarczył.

Ale do tematu. Jeżeli MNW wiesza plakaty, to te plakaty są zaklejane przez faszoli. Zaklejanie plakatów jest reakcją na „zaproszenie” do konfrontacji. Podobnie wygląda walka na elewacjach budynków, gdzie krzyże celtyckie przepychają się z pacyfkami na szubienicach. Wpisy w komentarzach pod artykułami o tęczowej działalności też są reakcją, nie akcją. Zatem jaka mogła być REAKCJA na fizyczne pojawienie się w przestrzeni publicznej osób, które zakłócają filautię polskiego, a w tym wypadku krakowskiego, kołtuństwa? Oczywiście reakcja fizyczna, czyli wpierdol.

Teraz pojawiają się skargi na brak reakcji policji. Według mnie bezcelowe (poza celem piarowym). Osoba, która w ramach swojej kariery zawodowej decyduje się na uniformizację i zrzeczenie się części swoich praw podstawowych, z założenia musi być przeciwnikiem różnorodności społecznej, nieuporządkowania, indywidualizmu i atomizacji. To właśnie dlatego psiarnia trzyma z faszolami i to właśnie dlatego nigdy nie stanie po stronie homików. Byłoby to mentalne zaprzeczenie przyczyn zgody na założenie munduru. Dlatego pozostają dwie możliwości:

1.       Wrócić do szafy i siedzieć tam cicho, z zaciśniętymi zębami tolerując zastany porządek społeczny.

2.       Wychodzić na ulice i liczyć się ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Wybrać pomiędzy afirmacją porządku społecznego i afirmacją idnywidualizmu.

Przyznaję szczerze, że byłem na jednej tylko paradzie równości – tej zakazanej przez przedstawiciela ptactwa wodnego, co to spierdolił się na brzozę w licznym towarzystwie, z powodu nadmiaru stężenia gazów szlachetnych w atmosferze. Czemu parada była tak liczna i zgromadziła ludzi z tak różnych środowisk? Bo była wyraźną konfrontacją! Teraz te konfrontacje są na pół gwizdka. Homiki z jednej strony chcą zmian, ale chcą, żeby te zmiany zaszły samoistnie. Chcą nauczyć się jazdy na deskorolce bez siniaków. Chcą działać legalistycznie, naiwnie ufając, że państwo terroryzowane sondażami im pomoże wbrew tym sondażom; że będą mniejszością forsującą zmiany, nie mimo większości, ale jej wbrew. Chcą konfrontacji bez konfrontacji.

Dlatego, wbrew sobie, widząc kieliszek do połowy pusty, prorokuję dalsze bęcki. Będą one szeroko opisywane przez Gazetę i unijną FRA, ale na tym się skończy – dał nam przykład Orban, jak zwyciężać mają.

Ponownie apeluję – proście, błagajcie Antifę o osłonę parad. Po pierwsze dlatego, że pozwoli to uniknąć niepotrzebnych strat w ludziach (na razie zdrowotnych), a po drugie należy im się. W końcu gdyby nie Antifa, to w Wawie mielibyśmy drugi Kaliningrad, a dystans pomiędzy RedWatch i cynglem byłby znacznie krótszy.

czwartek, 19 maja 2011
Ponownie o bin Ladenie

Żeby nie było: rozumiem wybór morderstwa politycznego zamiast procesu. Rozumiem ogrom problemów związany z przetrzymywaniem i procesem, rozumiem zagrożenie dla ludności cywilnej. Ale nie do końca jest to w porządku. A już tłumaczę.

1. Amerykanie wypowiedzieli wojnę „terroryzmowi”. Czyli porwaniom, zamachom, w końcu egzekucjom. Dla osiągnięcia tego celu najechali dwa kraje (Pakistanu nie liczę), gdzie szerzą IDEAŁY. Owe ideały to m.in. prawo do sprawiedliwego procesu. Oczywiście zwycięzców nikt nie sądzi, ale przyjęcie maski wroga oznacza jego zwycięstwo. To Amerykanie cofnęli się przez te wojny w rozwoju cywilizacyjnym, a nie pociągnęli okupowanych społeczności do przodu. Zwiększyli jednocześnie zagrożenie terrorystyczne w regionie. Ogrom krzywd wyrządzonym cywilom spowoduje odwet, a z powodu dysproporcji środków użyte przez mszczących się metody będą właśnie terrorystyczne (powiedziałbym „partyzanckie”, ale znowu się AK-owcy oburzą). To oczywiście w kontekście Guantanamo i stosowania tortur, co uniemożliwia im skazanie więźniów, a wypuścić przecież... no właśnie.

2. Chomsky chwalił się zwycięstwem w maratonie bostońskim. Z powodu dużej konkurencji jest to niewątpliwy sukces. Nie potrafi udowodnić swojego zwycięstwa, ale pochwalić się może. Podobnie bin Laden. Zniszczenie WTC było nieprawdopodobnym sukcesem zamachowców. Bin Laden przyznał się do dowodzenia operacją, ale też, jak Chomsky, nie potrafi tego dowieść. Nawet żmudne śledztwo FBI nie dało dowodów na faktyczny udział bin Ladena. Z tymi dowodami to zawsze było krucho. W Iraku broni biologicznej nie znaleziono, a nikt nie pomyślał, żeby ją podłożyć.

3. Wojna kosztuje, szczególnie wojna przy przepaści technologicznej pomiędzy dwiema stronami. Już pominę ewentualne przypadki zniszczenia ciężkiego sprzętu przez partyzantów, to zwykłe części zamienne i eksploatacyjne, transport i logistyka, pociski mnie lub bardziej inteligentne powodują, że wojna staje się dla najeźdźcy z definicji nieopłacalna. Jaki jest bowiem sens rozwalania lepianki wartej 10$ pociskiem, którego cena idzie w tysiące? Przed obie wojny „z terroryzmem” SZA wali się budżet. Powiedziałbym, że dobrze, ale po pierwsze rząd się wyżywi, a po drugie zbrojeniówka też głodem przymierać nie będzie.

4. Jeżeli skrytobójstwo miało zredukować zagrożenie odwetem, to po jakiego wała Obama się tym pochwalił? Jak pisałem na początku, rozumiem samą ideę, chociaż jej nie pochwalam, ale robienie z tego cyrku dla pozyskania głosów przed wyborami uważam za niesmaczne. Trzeba było wejść, wystrzelać wszystkich (!) i się zmyć, a potem pracowicie obwiniać UFO. Poza tym dzisiaj bin Laden nic nie znaczył, robił za symbol. Trzeba było zostawić go w spokoju (pod obserwacją), a skupić się na faktycznych decydentach. Mordowanie symboli niekoniecznie poprawia bezpieczeństwo.

niedziela, 08 maja 2011
Madonna Lactans

Obiecałem kiedyś znajomej zastanowić się nad streszczeniem pewnego zdarzenia. Zastanowiłem się.

Dygresja:

Pisałem już, że nie lubię ludzi? Otóż nie lubię, przez co zakupy w centrach handlowych przyprawiają mnie o zgagę. Istnieją oczywiście bardzo wygodne rozwiązania – sklepy internetowe i sklepy całodobowe, w których można się snuć o 3 w nocy, kiedy to nie ma tłumów, a przynajmniej dzieci rozpieprzających wpierw opakowanie mydła w płynie, a następnie wycierających ręce o dziesiątki innych opakowań.

Kolejnym przełomowym dla mnie usprawnieniem są kasy automatyczne. Dzięki temu nie jestem zmuszony do obserwowania, jak przepocona kasjerka maca po kolei wszystkie nabywane przeze mnie artykuły. Jeżeli dodać do tego pozbawienie mnie przyjemności wysłuchiwania w kolejce do "taśmy" tipsów, które "się miżdzą, pindżą i gadają o układach pokarmowych", to każde zakupy stanowią swego rodzaju niekończącą się promocję.

Sprawunki załatwiam zazwyczaj w tempie turbo z boostem: po jednym koszyku na rękę, sprint wyłącznie pomiędzy upatrzonymi regałami i stos kurew pod adresem zombie, które wybierają między majonezem i majonezem, zostawiając przy tym wózek pośrodku alejki.

Czasem konieczność odwiedzenia sklepu zoologicznego, poczty, czy innej apteki zmusza mnie do wyciągnięcia zadka w „normalnych” godzinach. Rzadko zdarza mi się nie wyjść ze sklepu bez popsutego nastroju, zostawiając przy tym za sobą tuziny bliźnich zruganych lub porozpychanych. Metodę bezceremonialnego rozrzucania wózków zakupowych przyjąłem po niekończących się próbach nieskutecznego zmuszenia wrzeszczeniem „przepraszam” klientów, najwyraźniej odmóżdżonych widokiem etykiety na słoiku, do przestawienia zakupów tudzież siebie samych.

Dygresja 2:

Szczerze wisi mi zachowanie ludzi w miejscach publicznych, pod warunkiem że nie jest uciążliwe. Dlatego darcie ryja w komórkę w ikarusie linii 190, czy wrzaski grupy kibiców z daleko posuniętą afazją (słownik złożony z okrzyku „Legia” i okrzyku „kurwa”) jest w moim mniemaniu problemem. Wietrzące nerki blachary, Jacka Dehnela spacerującego Powiślem i cierpiącego czerwcowe katusze odzianego w skórę metala najczęściej ignoruję. W tym kontekście dziwią mnie argumenty przeciwników publicznego karmienia piersią. Ja dostrzegam jeden, ale jakże istotny pozytyw – szkodnik się nie drze! A ponieważ wad takiego działania nie widzę, to o co cała dyskusja? Bilans jest oczywisty!

W kontekście tej drugiej dygresji wydawać się może, że zadziałałem wbrew sobie. Mianowicie jakoś pod koniec kwietnia robiłem w godzinach popołudniowego szczytu zakupy w celu napełnić świńskie brzuszki. Na ławeczce, vis-a-vis kas samoobsługowych, siedziała kobieta karmiąca piersią. Była omijana szerokim łukiem przez bigoteryjnych konsumentów, którzy albo byli bardzo zajęci zakupami, albo telefonami komórkowymi, rozmowami, ewentualnie podłogą. Kobieta tym samym siała popłoch, napawając się przy tym wzbudzanym chaosem. Jakie było jej zdziwienie, gdy obładowany zieleniną podszedłem na jeden metr od niej i zgiąwszy się w pół zacząłem wgapiać się jej w dekolt.

- Co pan robi? – spytała.

- Gapie się. – odparłem wytrzeszczając głaza aż po nerw wzrokowy.

- Ależ ja nie robię niczego niedozwolonego! – wzburzona wypięła dumnie marne B z uczepioną pijawką.

- Ależ oczywiście. Egzekwuje pani swoje prawo, podobnie jak i ja.

Po tej rozmowie kobieta zabrała torebkę i przeniosła się do pokoju matki z dzieckiem, który zlokalizowany był nie dalej niż 50 metrów od ławeczki.

Po co ten cyrk? Ano nie mam nic przeciwko karmieniu piersią w miejscach publicznych, no ale proszę o konsekwencję! Albo jest się dumną ze swojej otwartości, matczynej troski czy z mania dziecka w ogóle; albo kryje się nieco, nie zmuszając dzięki temu tłumu bigotów do rozrzucania wzroku po okolicznych sztucznych paprociach lub kafelkach. Manifestujesz? Rób to –nomen omen – pełną piersią. W innym wypadku daj ludziom spokój. Niech sobie siedzą w wygodnym obrębie własnych poglądów i estetyki. Oczywiście to przytyk również pod adresem paplaczy z Krytyki Politycznej, niedzielnych ekologów działających lokalnie poprzez wymianę schabowego na sojowy i innych hipsterskich wielbicieli różnych inicjatyw.

Przyznam na koniec, że gdyby nie żywe zainteresowanie reakcją przechodniów, to potraktowałbym ową kobietę jak Dehnela. Może nawet poprosiłbym o autograf. :)

czwartek, 05 maja 2011
A Dalajlama zagryzie piwo stekiem wołowym

Czy tylko ja zauważyłem, że coś tu się nie zgadza?

W dni, gdy przydarzy się coś "oh!" staram się nie robić prasówki. Najczęściej bowiem wydarzenia komentowane są natychmiast i przez wszystkich, i to pomimo braku dostatecznej ilości faktów do jakiejkolwiek analizy. Do tematu wracam kilka dni później, gdy jest już przez wszystkich zmacany, lepki od potu i (w zależności od zdarzenia) łez lub jadu.

Z zabójstwem bin Ladena było podobnie - trochę mi tylko TOK pobrzęczał huraoptymizmem polityków, a później sobie te informacje jeszcze przeczytałem. Musiałem sprawdzić w duchu Plotka, czy Buzek obudził się bezpieczniejszy, bo nie zastał (albo właśnie zastał) Ludgardy na poduszce obok i czy Radek Sikorski naprawdę wymachuje szabelką w drodze do kuźni na podkucie?

Teraz wróciłem sobie na serwisy, a tam trochę straszno, trochę śmieszno. A wymienię:
Po pierwsze mnóstwo ludu, podobnie do MinONa, podstawia płetwę do podkucia. Po drugie mnóstwo ludu wyraża szczerą radość z zabójstwa. Po trzecie mnóstwo ludu (tak w innym temacie) chce zwiększyć uprawnienia policji ze strachu (właśnie strachu, smrodliwe tchórze!) przed kibolami, których pewnie w życiu na oczy nie widzieli. Muszę jeszcze wspomnieć o grupie jankesofilów, którzy zasmrodzili mi tablicę na FB i którzy wkrótce potem odeszli w niewid.

Czasami tylko pojawił się argument, że trzeba osądzić, że Norymberga, że sprawa Eichmanna (sic!).

Mi osobiście całe zdarzenie od razu skojarzyło się z Pokojową Nagrodą Nobla dla Obamy, brakiem tejże dla wielu innych - bardziej zasłużonych, a raczej w ogóle jakoś zasłużonych. Uśmiechnąłem się na myśl o norweskich dziadygach, którzy teraz pewnie plują sobie w brodę, że nagrodzili a priori dowódcę skrytobójców, szefującego państwu codziennie gwałcącemu niezbywalne prawa swoich obywateli i prowadzącemu rekordową w dzisiejszym świecie ilość wojen, nadal torturującemu poganiaczy kóz, praktykującemu karę śmierci (nie tylko w Pakistanie), olewającemu nawet własne przepisy o ochronie środowiska, o międzynarodowych nie wspomnę.

Może właśnie o to chodziło i niesłusznie nabijam się z K. noblowskiego? Może chodziło o to, żeby nagroda przyznana "Amnesty International" zajaśniała przy zamachu trepów Obamy; przyznana Muhammadowi Yunusowi wobec utrzymania preferencji podatkowych dla najbogatszych Amerykanów; Alowi Gore'owi przy faktycznym zniesieniu kontroli EPA nad wydobyciem gazu łupkowego? Tylko dlaczego tak gnoić biednego amerykańskiego prezia? Nie mogli mu po prostu dać w pysk, albo rzucić butem? Zamiast tego dali nagrodę i pozwalają, żeby ją sobie powoli acz regularnie obsrywał.

Nie wiem (a raczej wiem, że nie) czy komentujący "mściciele" zdają sobie sprawę z tego, że politycy po raz kolejny udowodnili, że wszelkie wartości stojące za nowoczesną demokracją to czcze komunały? Że takie komentarze (nawet grasiowa dychotomia) to plunięcie w twarz wszystkim, którzy o te wartości walczyli - o zniesienie kary śmierci, o prawo do sprawiedliwego sądu, obrony, życia itd. Argument, że bin Laden tych zasad nie przestrzegał jest z dupy, bo jemu wcale nie chodziło o budowanie społeczeństwa demokratycznego, ani państwa humanistycznego. Te zasady obowiązują - nie zgadniecie - państwa NATO, które przecież wprowadzają DEMOKRACJĘ, obowiązują Buzka stojącego na czele Parlamentu Europejskiego - organu sprawującego demokratyczny nadzór nad wszystkimi instytucjami UE (np. biuro Ombudsmana i inne takie płotki), obowiązują wszystkich polityków krajów, które ratyfikowały oenzetowską konwencję praw człowieka. W tym kontekście ich pochwała zabójstwa jest śmieszna i żenująca.

Skoro Obama, laureat Pokojowej Nagrody Nobla, tak chwali się przeprowadzoną "operacją", to czemu nie zaprosił innych laureatów? Na trawniku rozstawiliby grilla, Dalajlama dostałby lemoniadę, Nelson Mandela popcorn, Liu Xiaobo stek wołowy z sosem sojowym, Wałęsa przyniósłby własnoręcznie złowionego szczupaka. O właściwej godzinie wszyscy zostaliby zaproszeni na spektakl. Shirin Ebadi, przy piwku, obserwowałaby komandosów walących seriami do otaczających bin Ladena kobiet na oczach dzieci i tłumaczyła Aung San Suu, co też wykrzykują w tym swoim terrorystycznym narzeczu.

Zatem: Czy tylko ja zauważyłem, że coś tu się nie zgadza?

wtorek, 03 maja 2011
Lubrykant poproszę. Dwie tubki. Unia dymać będzie.

Sparafrazuję najnowszy odcinek South Park: Czy ma ktoś pożyczyć szminkę? Bo chcę ładnie wyglądać, gdy państwo znowu będzie chciało mnie wyruchać.

Kiedyś pojawiła się informacja o planowanym nowym podatku "ekologicznym" nakładanym na użytkowników samochodów, uzależnionym od wieku pojazdu i emisji CO2. Wtedy było to wstępne sondowanie pomysłu i chyba nie wyszło, bo nawet garbusiarze zapowiadali masowe awarie samochodów na Marszałkowskiej/Świętokrzyskiej, żeby każdy zdążył obejrzeć transparenty. Teraz obawiam się, że ryzyko bankructwa połowy strefy EURO spowoduje, że pomysł może powrócić w bardziej realnej formie. Poza tym to już nie nasze głupki, ale sama Jej Brukselska Wysokość Komisja Europejska zamierza wprowadzić to poronione cudo premiera Marcinkiewicza.

Ja problemu zasadniczo nie mam: "Red Diavolo" stuknęła czterdziestka, więc może iść na żółte blachy (chociaż pomysł, że Przenajświętsza Rzplita będzie mnie rozliczać z użytkowania mojej własności powoduje cokolwiek wkurw), ale Saabakumka będzie kosztować tyle, co cukier. I najgorsze, że nie lubię i nie kupię nowego samochodu! Już sama opinia mechaników o nowych wynalazkach - przekombinowanych i z założenia awaryjnych - powstrzymuje mnie przed zakupem czegokolwiek nowszego niż poprzednia (czysto japońska) Corolla. Nawet Saabakuma robi mi cyrki z elektroniką, a to przecież staruszka i względnie prosta konstrukcja.

Myślę sobie o konsekwencjach takiego pomysłu dla użytkowników i samego budżetu bez dna. Stare samochody w większości kupują ludzie (poza pojebami w rodzaju dzikowego, lubującymi się w konstrukcjach inżynierów, a nie księgowych) ubodzy lub oszczędni. Dlatego kupującego starego opla za 4000 PLN nie będzie stać na podatek wynoszący 3000,-  rocznie. Jednocześnie nie będzie go stać na nową mydelniczkę marki Renault/Dacia i "darmowe" przeglądy gwarancyjne kosztujące 1000,-. Dlatego w większości przypadków podatek zostanie olany złotą strugą. Skąd to przypuszczenie? A z ilości niezapłaconych podatków OC (nie mylić z ubezpieczeniem), samochodów-frytkownic (wiecie jak ukryć instalację na olej opałowy? Ja wiem, ale jeżdżę benzyniakami.)-; i wynalazków, które nigdy nie powinny były przejść przeglądu.

No dobra - będą kary, mandaty itd., ale przecież nikt nie zlicytuje miliona dłużników.

Czekam na rozwój sytuacji. Proponuję polską prezydencję skupić na uwaleniu tego chorego pomysłu - dla własnego dobra. Pragnę zauważyć, że umiem "zepsuć" Red Diavolo przed bramą sejmu lub w dowolnym innym miejscu.

P.S.: Nie dziwi, że red. agorowy Kublik jeszcze tego nie wywlekł. Rozgłos może zaszkodzić jego sponsorom.

czwartek, 21 kwietnia 2011
Idzie Grześ przez wieś, doły partyjne niesie...

„Jestem członkiem SLD od powstania tej partii w 2000 roku i całkowicie popieram dzialaczy SLD z Podlasia... Jakoś nie zauważyłem aktywności SLD w obronie praw pracowniczych ludzi zwalnianych z likwidowanych zakładów pracy np. : FSO... jakoś nie zauważyłem specjalnej aktywności SLD w obronie schorowanych ludzi starszych, którym odmawia sie opieki medycznej - skazując ich na powolne umieranie... jakoś nie zauważyłem specjalnej aktywności SLD w obronie ludzi, ktorzy po utracie pracy i doprowadzeniu do nędzy są następnie eksmitowani ze swych mieszkań na bruk... jakoś nie widzę specjanlej aktywności SLD w naciskaniu na koalicję rządzącą w celu sklonienia jej do przyjęcia Karty Praw Podstawowych... itd., itd., dopiero potem możemy wspierać homoseksualistów w walce o ich prawa... WSPIERAĆ... a nie prowadzić tęwalkęza nich. Nie jesteśmy zachodem Europy... tu homoseksualiści nie popierają lewicy - są zwolennikami PO albo PiS-u... tak więc głosów dla SLD w wyborach nie przysporzą”

Takimi słowy użytkownik vidi12 skomentował artykuł dotyczący odmowy rozwieszenia plakatów kampanii „Miłość nie wyklucza” w Suwałkach. Komentarz ten wywołał u mnie spazmatyczny śmiech. Po pierwsze widać, że SLD monolitem nie jest bynajmniej (poparcie dla działaczy podlaskich i krytyka „centrali”), po drugie nie jest wcale lewicą. O ile to pierwsze jest pożądane, nie tylko politycznej, to drugie niekoniecznie (czy raczej koniecznie „nie”).

Pozwolę sobie dodać nieco od siebie w odniesieniu do ostatniej części, tej od Karty Praw Podstawowych UE.

Sama walka o Kartę była pierwszą, największą przegraną SLD. Być może zamówili sobie badania sondażowe, być może zdawało im się, że sobie zaszkodzą, być może obawiali się reakcji takich vidich w liczbie apostolskiej, co to nie chcą na prowincji zatargów z ksiundzem. Moim zdaniem SLD powinien poprzeć Kartę, nawet bez czytania. Powinien był to robić konsekwentnie i do upadłego, ponieważ sfera światopoglądowa jest jedyną, w której partia ta może się wyróżnić. W PR nie przebije bowiem PO, w rozbuchaniu socjalu nie wygra z PiS, a PSL jest... zielone.

To akurat pikuś, z czasem Karta przejdzie, albo bezpośrednio, albo od kuchni poprzez różne zapisy w dyrektywach i rozporządzeniach unijnych.  Problemem jest raczej niekonsekwencja i budyniowatość działań tej partii. Z jednej strony walenie w Komisję Majątkową, z drugiej wyjazd do Rzymu na gusła. Z jednej strony obecność na Paradzie Równości polityków partii, z drugiej nieobecność plakatów Mnw w Suwałkach.

Myślę, że ostatni fragment komentarza vidiego najlepiej podsumowuje ten stan: SLD walczy o stołki. Działacze toczą pianę na myśl o kolejnej kadencji w oderwaniu od spółek Skarbu Państwa, agencji rządowych, województw itp. Dlatego bawią się w populistykę, a nie potrafią i nie mogą – mają skrajnie zróżnicowany elektorat, którego nie da się pogodzić: stare dziadygi pozostałe przy życiu po matuszce Partii i młode lewactwo, które dusi się w Polsce i to raczej nie z powodów socjalnych czy ekonomicznych, ale właśnie światopoglądowych. Powiem krótko: Stać ich na to, żeby zagłosować na swój światopogląd, nie portfel.

Najbardziej rozbawił mnie fragment „dopiero potem możemy wspierać homoseksualistów w walce o ich prawa... WSPIERAĆ... a nie prowadzić tęwalkęza nich.” Obawiam sie, że tak myśli cały „dół” i to nie tylko SLD. Problem w tym, że „Miłość nie wyklucza” jest inicjatywą oddolną, która wcale sobie radzi bez pomocy, byle jej tylko nie przeszkadzać, a właśnie WSPIERAĆ. A nawet niekoniecznie – wystarczy nie przeszkadzać. Tutaj Tomasz Łazarski, działacz SLD, przeszkodził. Widocznie zakneblowanie homofobów przy pomocy kodeksu karnego to jedyny wysiłek, na jaki polska „lewica” może się zdobyć. Akcje społeczne, pozytywne, afirmacyjne są już poza zasięgiem rozumku Grzesia.

A jesienią wybory i ja już mam kandydata: Cthulhu poszedł w odstawkę, bo mam już dość wybierania większego zła. Dopiszę do listy Forfitera i giwem a ciken!

sobota, 16 kwietnia 2011
Komentarz, bo trackback wyłączony

Ponieważ komentarz do wpisu na blogu Katarzyny Formeli nie przetrwał moderacji, a trackback nie działa, pozwoliłem sobie zamieścić odpowiedź tutaj. W nawiązaniu do wpisu wczorajszego i kiedyśtamowego:

Miałem nieprzyjemność dostrzec projekt już jakiś czas temu. I nie zgadzam się z nim i będę go zwalczał wbrew sobie i swojemu nastawieniu do mniejszości i grup defaworyzowanych. Po pierwsze jest to samobój strzelony sobie przez przeciwników karania za obrazę uczuć religijnych; to policzek dla proczojsowców, którzy walczą z terminem "dziecko nienarodzone"; to w końcu obraza dla logiki prawa, które powinno być precyzyjne i wykonalne, a uczucia do precyzyjnych nie należą. Problemem jest to, że dużo osób popierających prawa mniejszości nie przebiera w słowach, bo to właśnie potrzeba swobody i "przestrzeni" - także werbalnej - sprawia, że stają po stronie tych grup. SLD i KPH odcina tym samym od siebie libertarian, odcina osoby stające po stronie mniejszości z powodu niechęci dla wszelkich ograniczeń swobód jakichkolwiek obywateli. Ku mojemu obrzydzeniu wpychacie mnie i mi podobnych w ramiona konserw. Podnosicie na wyżyny zasadę, według której niezgoda z adwersarzem zmusza mnie, abym pozwalał mu mówić.

Proszę o skrócenie do powszechnie stosowanych określeń pejoratywnych: "odczuwam głęboką emocjonalną niechęć do osób o orientacji seksualnej innej niż heteroseksualna", a następne wyjaśnienie, w którym miejscu jest to sformułowanie lepsze od określenia "pedał"? Że mądrzej brzmi? Że jest bardziej precyzyjne? Gwarantuję, że z czasem któreś z użytych w tym zdaniu słów nabierze znaczenia pejoratywnego i z powodzeniem zastąpi określenie "pedał", bo homofobom będzie werbalny ekwiwalent potrzebny. Osobiście stawiam na "inny".

 

Jak popatrzeć na walki moherów o 'obrazę uczuć' i reakcje społeczne, to przewiduję fantastyczny strzał w stopę. Dopóki się bowiem burzyli, manifestowali itp., to byli traktowani jak nieszkodliwe dziwadła. Dopiero gdy ruszyli do sądów, aby cenzurować artystów, okazali się niebezpieczni i uznani za poważnych wrogów, przeciwko którym trzeba zewrzeć szyki. Podobnie będzie w tym przypadku. Cała kupa oszołomów (których nie brakuje w żadnej grupie, a już wśród "działaczy" jest wyraźna ich nadreprezentacja) ruszy z pozwami, bo ktoś odniósł się do nich pogardliwie lub w inny sposób "zranił uczucia". I o ile rozumiem ściganie z tytułu nawoływania do nienawiści na tle, na co są przecież paragrafy, to cenzurowanie samego aparatu pojęciowego, zmuszanie do autocenzury uważam za wyjątkowo podłe, głupie i krótkowzroczne.

Nie wykluczam, że kiedyś spotkamy się w sądzie i to wcale nie dlatego, że odczuwam jakąkolwiek niechęć do dowolnych grup seksualnych, etnicznych, narodowościowych czy społecznych – wprost przeciwnie. Natomiast odczuwam głęboką niechęć do wszelkich prób ograniczania mojej swobody.

Stanęliście w jednym szeregu z moherami. Gratuluję!

 

P.S.: Odszczekuję. Komentarz pojawił sięna bloku p. Katarzyny.

Irracjonalna niechęć w stosunku do osoby o stężeniu pigmentu w skórze przekraczającym lokalną średnią

Dawno, dawno temu na obszarze geograficznym zwanym później Ziemią Świętą hasał hipis, który dzięki swojej charyzmie i prospołecznym przekonaniom ciągnął za sobą tysiące słuchaczy. Mimo zdrowego podejścia do państwa i do norm społecznych uważany był za establishment za wywrotowca, którego należało uciszyć. Zastosowano wybieg – obrazę uczuć religijnych. Siał nienawiść w stosunku do prawowiernych Żydów, zakazywał im legalnej działalności gospodarczej, dopuszczał się aktów wandalizmu i niszczenia mienia. Ponieważ obszary, na których działał były okupowane, miejscowe establishment zwrócić się do organu nadrzędnego, takiej dzisiejszej Brukseli:

- Nie możemy mu na to pozwolić. To wywrotowiec i anarchista. Jeszcze sprowadzi zagrożenie terrorystyczne. – żalili się miejscowi włodarze.

- Przecież to pacyfista – odparł namiestnik, który nie lubił się przepracowywać, a miejscowe piekiełko z krzyżem, tfu..., z menorą już dawno mu się przejadło - nie ma paragrafu, nawet jeżeli macie człowieka. Rozmawialiście z nim?

- Niektórzy, ale bezskutecznie. Szerzy swoją mowę miłości, czym obraża moralność publiczną, standardy i obyczaje. Wyklucza, mówiąc krótko.

- Nie warto, - upierali się przedstawiciele elity - poglądów nie zmienia, a teraz jeszcze pojawiają się graffiti, nawet przed synagogami i bożnicami. „Bóg jest miłością” i inne obraźliwe.

- Pogadam z facetem – westchnął namiestnik i odesłał posłów.

Rozmowa odbyła się niedługo później.

- Co ty tam opowiadasz na mieście? Burzą mi się miejscowi, do Jerozolimskiej Fundacji Praw Żydów pisują, w Genavie na mnie skarżą. Bo co te burdy?

- Mówię tylko to, co myślę. – odparł hipis.

- A nie możesz jakoś łagodniej? Używać innych słów, może jakieś z greki?

- Mówię tylko to, co myślę. – odparł hipis.

- To będę musiał zakazać ci mówienia. Myśl sobie co tam chcesz, kochaj kogo tam chcesz, ale masz milczeć. Ja tu z centralą w Rzymie, z Agencją Praw Bożych i z senatem zatargów nie potrzebuję. - trochę już zniecierpliwiony namiestnik zapił winem słodką figę.

- Nie mogę milczeć. To są moje przekonania, mam prawo do głoszenia swoich przekonań. - równie spokojnie odparł hipis.

Namiestnik przestał żuć figę. Ciapkę już wkurwiony podniósł się trochę, jakby lectus zaczął go nagle uwierać.

- Nie zakażę ci myślenia, ale gębę mogę zamknąć. Będziesz dalej gadał, pójdziesz do ciupy. Mnie to wali.

- Nie przestanę mówić.

- Twój wybór, to twój krzyż, sam będziesz go dźwigał. – zakończył Piłat wzywając strażników gestem.

 

Oto, czemu nie podobają mi się hece z krzyżami, pomnikami i beatyfikacjami. Oto, dlaczego nie podobają mi się próby cenzurowania przez Biedronia z Napieralskim.

Nie wiem bowiem, czym temat postu różni się od "nienawidzę Murzynów"?

czwartek, 14 kwietnia 2011
wpis

nicość...

stonka jałowa...

świtanie wysokie głębią fali przypływu...

słowik...

----------

Powyżej zamieściłem argument za bezsensownością przeszukiwania blogosfery na chybił-trafił, a szczególnie za omijaniem wpisów pt. "wpis".

Miłośników grafomanii odsyłam raczej do n-tego odcinka powieści o Smoleńsku w GP lub ND, a wielbicielom krótkich form polecam Fakt lub inny SE - mają jaśnieszy przekaz.

Jeszcze powinienem layout zmienić na kieliszek lub świeczkęw czekoladowej palecie.

09:14, dzikowy
Link Komentarze (3) »
środa, 13 kwietnia 2011
Szczeniackie zabawy

Niedaleko nieistniejącego już budynku szkoły podstawowej w Piszu, wzdłuż piaszczystego boiska ogólnorozwojowego (bo brak infrastrutkury rozwijał inwencję), za dziurawym ogrodzeniem z siatki drucianej rozciągały się tereny państwowego przedsiębiorstwa od dziur w drogach i mostach. Podstawówkowym uczniakom teren zakładu oferował jedną tylko, ale jakże magnetyczną atrakcję! Otóż obok stróżówki znajdowała się napędzana korbą syrena. Nakręcenie jej było przynajmniej raz w tygodniu obowiązkowym punktem programu powrotu do domu, a nierzadko także przerywnikiem nudnej przerwy. Oczywiście dotarcie do syreny nie było sprawą łatwą. W stróżówce przesiadywał facet wyjątkowo nieprzychylny naszym rozrywkom i trzeba było czasem na dłużej przykucnąć na pobliską topolą, aby w stosownym momencie wyskoczyć i zakrecić raz lub dwa dla wydania słodkiego glissando. Z dzisiejszej perspektywy ta szczeniacka zabawa nadal wywołuje u mnie uśmiech. Było to działanie zakazane, ale nieszkodliwe; szczeniackie, ale przy tym nieskończenie emocjonujące. Myślę, że bezcelowość sukcesu, jego ulotność (wszak wycie trwało naście sekund) dawało dodatkową satysfakcje, a ryzyko złapania (chociaż nigdy nie słyszałem o takim przypadku) windowało adrenalinę na niebotyczne poziomy.

Aha, Solidarni 2010 uparcie stawiają krzyże na Krakowskim.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7