| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
RSS
czwartek, 29 września 2011
"Bajkał" - recenzja

Zaczynanie recenzji od pochwały nie jest w moim stylu, ale tym razem nie mogę się powstrzymać, bo choć znalazłem kilka wad, o których za chwilę wspomnę, to całościowo jest to być może utwór na poziomie Toma Clancy’ego, Michaela Crichtona i im podobnych.

1. Fabuła

„Bajkał” jest, pomimo tytułu, książką na wskroś polską, chociaż może lepiej byłoby napisać „europejską”. Główny bohater – Tomek - były agent o ambicjach dziennikarskich i politycznych, odnajduje tajną depeszę dotyczącą polskiej strategii energetycznej. Jej celem jest szybkie zastąpienie gazu ziemnego gazem z łupków, a tym samym zarówno uniezależnienie od dostaw rosyjskich, jak i osiągnięcie gigantycznych zysków z eksportu nadwyżki wydobywanego paliwa. Taka jest jawna, oficjalna wersja dokumentu, którego tajny aneks wpadł w ręce protagonisty. W notatce tej ukazany jest prawdziwy obraz genialnego planu, na którym zarabiają wszyscy, tylko nie Polacy. Wszystkie wątki zaczynają się łączyć w całość i potwierdzać plan. Sejm przyjmuje ustawę zakazującą wglądu do papierów związanych ze sprzedażą firm i koncesji, wkrótce potem kontrole Komisji Europejskiej paraliżują cały polski przemysł energetyczny, przez co postawieni pod ścianą ministrowie i kontrolowani prezesi firm sektora energetycznego uciekają w L4 lub Alpy. Wartość stojących firm spada drastycznie, a wtedy Niemcy wykupują rafinerie, składy i sieć dystrybucji paliw, Rosjanie nakładają kary umowne za brak odbioru zakontraktowanego gazu. Stojąca na skraju katastrofy Polska nie ma środków na samodzielne wydobycie gazu, ani czasu na negocjowanie dobrych warunków sprzedaży koncesji. Całość złóż za śmieszne pieniądze przejmują Amerykanie.

I tutaj dopiero zaczyna się faktyczna fabuła książki. Koncesja zawiera gwarancję nie tylko wydobycia gazu, ale też dostępu do zasobów wody, koniecznej do frakingu. Gdy zasoby wód gruntowych kończą się, Amerykanie aresztują Wisłę wraz z jej dopływami, wkrótce potem beczkowozy podjeżdżają na brzegi jezior poszczególnych pojezierzy. Po drastycznym wzroście cen za wodę na polski rynek wchodzi Gazprom, który dotychczasowe gazociągi potajemnie przerobił na rury do przesyłu wody pitnej i teraz sprzedaje przyciśniętym do muru Polakom słodką wodę po straszliwych cenach. W tym momencie znowu pojawia się główny bohater, którego bohaterski wyścig o ujawnienie prawdy zakończył się niepowodzenie. W trzeciej części powieści stara się za wszelką cenę dotrzeć do kurka radzieckiej jeszcze rury, która prowadzi od jeziora Bajkał aż do jeziora Hańcza. Wypompowanie Bajkału uratowałoby ojczyznę i ukarało pazernych Rosjan. Ostatnia scena głównego bohatera lądującego na spadochronie z wielkim kluczem francuskim w rękach przejdzie do historii literatury, podobnie jak pościg segwayem za pociągiem intercity. Obie bardzo plastyczne i emocjonujące.

2. Bohaterowie

To główna wada powieści. Postaci są wręcz nieprawdopodobne, fantastyczne. Pojawiający się co chwilę brak realizmu bohaterów burzy wiarygodność budowaną w misternie plecionej fabule. Redaktor Borsuk, naczelny liberalnego pisma, który popiera tortury; Mułła Pieczarka, który sam robi odwierty w poszukiwaniu gazu (a później wody); poseł Sarniewicz, który oddycha przez maskę tlenową wpiętą przewodem w butlę z helem i mecenas Bułecki biegający po płycie lotniska Okęcie, gdzie okłada witką brzozową skrzydła samolotów. Główny bohater też nie poraża wiarygodnością. Jak sam opowiada, wstąpił do wywiadu, żeby cyt. "rwać laski i wybielić zęby na koszt państwa”. Po wpadce, kiedy to uwodząc próbował sprowokować do wzięcia łapówki posłankę-lesbijkę, odchodzi z wywiadu, opisuje wszystko pod własnym nazwiskiem i kandyduje do sejmu. Ten dziwaczny życiorys kłóci się z jego dalszym postępowaniem.

Fabularny Tomek jest szlachetny jak brylant, a przez to trochę zbyt przerysowany i spłaszczony. Postanawia dostarczyć oryginał dokumentu mediom, a gdy te odmawiają opublikowania tak niebezpiecznej informacji próbuje przemycić dokument do przedstawicieli wikileakage. Jest przy tym szarmancki, bezinteresowny i cnotliwy, nawet gdy wierne wyznawczynie Mułły Pieczarki prezentują mu moherowe kąpielówki z nadzieją, że natychmiast je przymierzy.

Ogólnie jest to najsłabszy element „Bajkału”.

3. Styl

Biorąc pod uwagę kontrast w jakości fabuły i bohaterów najchętniej widziałbym „Bajkał” w formie fikcyjnego reportażu, pamiętnika, listów - w starym stylu „Draculi” lub „Frankensteina”. Wyjątkowe opisy, wartkie dialogi. Tło wydarzeń opisane w barwny i wiarygodny sposób.

4. Podsumowanie

„Bajkał” jest wyjątkowo dobrą powieścią gatunku political-fiction. Wywiady, rządy, korporacje, duchowni, ekolodzy, agencji - wszystko to wymieszanie wokół walki o kurczące się zasoby naturalne i naprawdę duże pieniądze. Jedyną wspomnianą już wadą są niewiarygodne, na tle fabuły, postaci. Jeżeli ten tytuł pojawi się w wersjach obcojęzycznych czytelnicy francuscy, niemieccy czy rosyjscy gotowi są uwierzyć, że na polskie elity składają się idioci, wariaci, frustraci i cyniczni karierowicze. Zatem... może lepiej "Bajkału" nie tłumaczyć?

 

"Bajkał" Sz. Dzikowski, wyd. Celzas 2011.

 

sobota, 17 września 2011
Terlikowiątka pod fartuchem Nergala

Przyznam szczerze, że Nergal wisi mi kalafiorem. Mam nadwrażliwy słuch na niektóre zakresy, przez co mnie drażni; nie rozumiem słów, co mnie drażni; a growl nie bardzo nadaje się do nucenia pod nosem przy zmywaniu naczyń. Czyli słucham Behemota nienachalnie.

Nergal wisi mi też kalafiorem wizerunkowo. (Patrzę na zdjęcie... tak, kalafior nadal wisi). Może dlatego, że to facet, a może to wina zakoli? Anyway Darski ani mnie ziębi, ani grzeje.

Misyjna działalność TVP też mi dynda. Jedną z przyczyn może być fakt, że nie mam telewizora, a nawet gdy mam dostęp do takowego, to wolę po raz –nasty oglądać na Discovery poszczególne etapy produkcji bulbulatora w ramach cyklu „Jak to jest zrobione?” niż gapić się na reklamy przetykane od czasu do czasu przez tańce, zaśpiewy i teleturnieje. Odwykłem od TV i jest mi z tym dobrze.

Teoretycznie powiniene też sobie olewać Terlikowskiego. Po pierwsze nie jestem katolikiem, a po drugie rzadko mam wątpliwą przyjemność wysłuchiwania lub czytania szelfu jego myśli. Fizycznie jest jeszcze gorzej niż w przypadku Darskiego, więc mogę z przyjemnością zakomunikować, że Terlikowski mnie ziębi.

Wyobrażam sobie, że osoby o światopoglądzie Terlikowskiego mają jakieś głębokie urazy z dzieciństwa - wnioskuję z własnego. Być może regularny wpierdol, znęcanie się psychiczne, gaszenie inwencji, poniżanie i straszenie Bogiem doprowadziłoby do ukształtowania się Dzikowego na wzór i podobieństwo Terlikowskiego i reszty prawactwa? Zamiast tego - kosztem złamań i szwów, zniszczonych ubrań, rowerów itd. - korzystałem z wolności, mimo że dostawałem od rodziców ostrzeżenie „uważaj, bo...”. Z czasem nauczyłem się uważać, bo..., ale umiłowanie swobody pozostało.

Jak już kiedyś pisałem - nie zależy mi na narzucaniu, a raczej bardzo nie zależy mi na narzucaniu swojej wizji świata i okolic. Wynika to z prostej zasady wzajemności – jeżeli ja narzucam swoje ograniczenia innym, to inni mają symetryczne prawo narzucać swoje. A każde takie narzucenie musi kogoś wykluczyć, bo, chcąc nie chcąc, znajdzie się grupa osób, która z przyczyn fizycznych, mentalnych, ekonomicznych lub społecznych nie może albo nie chce wprowadzonemu ograniczeniu się podporządkować. Oczywiście nie dotyczy to ograniczeń, które wpływają wyłącznie na mnie – moje hiper ego, ale nie powodują wymiernej szkody w moim otoczeniu. Dlatego autocenzuruję się czasem, subiektywnie określając kompromis pomiędzy dobrostanem swoim i otoczenia.

Tego wyczucia brakuje tzw. moherkom. Środowisko Terlikowskiego lubi ograniczać innych, żeby paragrafy uniemożliwiały zwiedzenie redachtora na pokuszenie. Swoją obronę przed grzechem musi upowszechnić, żeby była skuteczniejsza. Wynika to pewnie z własnych pokus Terlikowskiego (związany wszak jest gorsetem i krągły boczek krągłego redachtora może się gdzieniegdzie wylać), ale też z zazdrości, że taki Darski może sobie wydupczyć blondplastik Dodę, a Terlikowski niekoniecznie. I to nie z powodu ww. gorsetu. No brzydki jest po prostu.

Zupełnie inną sprawą są argumenty Terlikowskiego przeciw Nergalowi. Powiem krótko są z dupy! Wynika to przede wszystkim z przyczyn historycznych, ale też teologicznych.

Po pierwsze Terlikowski, jak zresztą gros polskich środowisk okołokościelnych, zapomina lub nie zna clue Nowego Testamentu. Przypominam niewtajemniczonemu Terlikowskiemu – skup się na sobie! Religia jest Twoją osobistą sprawą i niech lewica nie wie, co robi prawica! Czyli dobry katolik Nergala nie ogląda. I tyle! Nie zakazuje innym, ale sam nie ogląda. Może się wtrącić, gdy ministrant z tacą robi targowisko w Domu Bożym, ale poza świątynią siedzi cicho i ciężko haruje na zbawienie. Jak wierzyłeś i jak pragnąłeś: Bramy Niebieskie stoją otworem. Druga zasada NT to bezkompromisowość. Oddaj wszystko i idź za mną! Tak tak – nie nie! Nie ma półśrodków. Terlikowski żąda decyzji administracyjnych, broni przed grzechem aborcji przy pomocy paragrafów, głosi Dobrą Nowinę za pomocą szkół i mediów publicznych. Realizuje kościelną ideologię poprzez reprezentatów w parlamencie. A powinien, jak stary dobry hipis Jezus, oddać wszystko i zacząć robić coś pożytecznego dla ćpuna na Centralnym, dla zalanej jadem Alicji Tysiąc, dla tych biednych dzieci, co to udało im się uniknąć skrobanki, więc czeka je świetlana przyszłość bidulu. Ruszyć krągłą dupę i zacząć naprawiać świat! Wtedy go nawet posłucham, a może nawet się w niektórych kwestiach zgodzę. Będzie bowiem WIARY-GODNY.

Druga sprawa, to organizacja, do której Terlikowski się przyznaje i za którą tokuje. W zasadzie Kościół, w imię zasady, że jest nie z tego świata, powinien być uciskany. Ale to naprawdę uciskany i nie mam tu na myśli ucisku pośladków ministranta na uda. W momencie gdy Kk stał się religią państwową, to stracił rację bytu. Stał się kolejnym aparatem państwowym i to państwowym jak najbardziej z tego świata. Dlatego cała jego późniejsza działalność jest zwykłą działalnością polityczną. Stąd wszystkie „grzechy” Kościoła niczym nie różnią się od przewin świeckich państw. Jest tylko jedna różnica – Kk opiera swoją wiarygodność na moralnej przewadze nad pozostałymi. W imię tej przewagi może narzucać swoją wolę innym – w końcu posiada receptę na doskonałość.

Tylko że ta doskonałość strasznie się kłóci z rzeczywistością. Nie będę powtarzał banałów w rodzaju udowadniania przez Kk, że czarownice są z drewna, albo całopaleń Bruna, indeksów, wojen krzyżowych mniej lub bardziej itd. Przez całą swoją ścieżkę edukacyjną uczyłem się z historii, że Kk robi błędy, brnie w te błędy, działa sprzecznie z głoszonymi przez siebie zasadami i gnoi tych, którzy są im wierni. W zasadzie ostatnio to głównie gnoi.

Gdyby natomiast Kk pozbył się lokali doskonałych na dyskoteki, a obecnie służących do zapiewań śmiesznie ubranych prawiczków; pałaców świetnych na przytułki i faktycznie zaczął robić coś zgodnego ze swoim statutem, bo byłby po prostu wiarygodny. I może nawet bym się z nim w niektórych kwestiach zgodził.

A tak Terlikowski krytykujący Nergala za nawiedzenia (nigdy nie pojąłem, czym się różni nawiedzenie od opętania?), mający za plecami bandę pedomisiów w kieckach jest po prostu niewiarygodny. Stosuje przy tym argumenty, które po kolei upadają wraz z kolejnymi odkryciami naukowymi, przez co on i jemu podobni znowu są niewiarygodni.

I z czasem cała ta religia staje się śmieszna.

środa, 14 września 2011
Dziennikarze Niezależni Codziennie

Będzie już z pół roku od czasu, gdy dostałem od kolegi książkę do zrecenzowania. Autora z litości pominę, książki zresztą nie skończyłem. To się czasem zdarza, ale raczej z powodu pozostawienia w autobusie/na Mazurach/u znajomych i w dowolnych innych mniej lub bardziej absurdalnych miejscach. Tej nie skończyłem, bo się nie da. Problem z ową książką był taki, że obiecałem ją zrecenzować i recenzję wrzucić na portal darczyńcy. Chętnie na to przystałem, bo popieram mikroprzedsiębiorczość, a zapełnienie portalu „mięsem” to robota dla więcej niż jednej osoby. Nie zrecenzowałem.

Zdarzało mi się na niniejszym blogu mniej lub bardziej negatywnie wypowiadać o ewolucji kina fantastycznego, podobnież o kwalifikacjach i uczciwości jednego z redaktorów goszczącego Sraczkę Mózgową serwisu. Blog ten jednak nie musi na siebie zarabiać, a ewentualne jego zdjęcie za łamanie regulaminu przyjmę bez specjalnego żalu - z głowy wciąż mi się ulewa, więc straty specjalnej nie odczuję. Gorzej jest z portalem, który musi pozyskać partnerów komercyjnych, dlatego moja zjebka książki niepotrzebnie zaszkodziłaby kontaktom kolegi z wydawnictwem, które pewnie nawiązał, skoro książkę mi sprezentował. Jest on zatem zależny od wydawnictwa, a ja jestem zależny od opinii kolegi, a tym samym pośrednio też od tego wydawnictwa. Z powodu zależności od czytelników, z których pewnie większość to moi znajomi, pewnych tematów nie poruszam (albo właśnie poruszam), a niektórym przytępiam formę, żeby niepotrzebnie nie razić.

Do czego zmierzam: Jestem blogerem (raczej biedablogerem) zależnym.

Powyższa dygresja była w kontekście nowomowy zrzutów po IVRP, które wszędzie lansują się na „dziennikarzy niezależnych”. Takim niezależnym był Janke w TOK, zanim go nie posunęli (czym udowodnił swoją niezależność). Takim był Semka, takim bywał Pospieszalski, Kania była przez czas jakiś. W okresach zależności często są przedstawiani jako „red. XYZ, Rzeczpospolita” - to też jest pewna wskazówka.

Tworząc definicję dziennikarza niezależnego pozwolę sobie podsumować dotychczasowe obserwacje:

1. Występujący dziennikarze przedstawiający się jako niezależni w miażdżącej większości byli prawicowi i spisiali.

2. Igor Janke przez jakiś czas prowadził poranek w tok.fm jako, cyt. „Igor Janke, Salon24”, potem dopiero jako dziennikarz niezależny. Podejrzewam zatem, że salon24 lub tzw. #psychiatryk24 nie wymagał już promocji i Janke mógł się uniezależnić.

3. Niektórzy niezeżnymi bywają, nie są. Okresy niezależności poprzetykane są zależnością od Rzepy, publicznej, GP itd. Wnioskuję zatem, że „niezależny” oznacza „bezrobotny”.

4. Niezależni wypieprzeni z TVP, jak Pospieszalski czy Lichocka, są aktywnie zaangażowani w politykę. Często też biorą czynny udział w happeningach i kręceniu filmów propagandowych dokumentalnych.

5. Nie słyszałem o niezależnej pogodynce. To uzasadnione, bo od pogody trudno się uniezależnić, a przynajmniej od odpowiedniego do pogody ubioru. Niezależny musi zajmować się polityką.

6. Wszelkie wypowiedzi i zdarzenia kojarzące się z rozwojem świeckiego i obywatelskiego państwa są nazywane przez niezależnych atakiem na wiarę i zawsze stają oni po stronie atakowanego kościoła i mordowanych wiernych (a przynajmniej opluwanych). Zatem uzależnienie od religii katolickiej takoż jest wymogiem niezależności dziennikarskiej.

Zbierając powyższe do kupy mogę się pokusić o definicję:

„dziennikarz niezależny” – czynnie zaangażowany w politykę krajową prawicowy publicysta polityczny lub katolicki, popierający Prawo i Sprawiedliwość, niebędący właścicielem powstającego serwisu internetowego, obecnie bezrobotny, wyrzucony z mediów publicznych lub z dziennika Rzeczpospolita, w wyjątkowych przypadkach były redaktor naczelny dziennika-bankruta.

Niech ta definicja będzie epitafium. Spełniających powyższą definicję nielicznych, którzy jeszcze nie wcisnęli się do Rzepy, GP, ND, UwRze i wpolityce, do nogi wybiła Gazeta Polska Codziennie.

piątek, 09 września 2011
Żale Krytyki z powodu krytyki

Niniejszy wpis jest autoplagiatem z dyskusji na FB. Niniejszym przepraszam się. Wybaczam. Dziękuję, to się więcej nie powtórzy.

 

Wojciech Orliński miał rację. Od razu wrzucę taką tezę, żeby KryPol wiedzieli, czyją stronę trzymam. Ma rację, gdy krytykuje zarówno ogłoszenie opublikowane przez Krytykę na Gumtree; ma rację, gdy krytykuje respons Jasia Kapeli na FB i pod wpisami na blogach, i wydaje mi się, że KP nadal nie rozumie ococho. Wyłuszczę:

1. Krytyka Polityczna broni się, że umowy tymczasowe proponowane studentom obejmują ubezpieczenie emerytalne, zdrowotne, urlopy i tomiki wierszy Kapeli. To cieszy, ale proponuję przyciąć powyższe zdanie do rozmiaru nagłówka. Powstaje „KryPol broni się, że umowy tymczasowe proponowane studentom...”. Taki właśnie poszedł sygnał w świat – lewicowy think-tank proponuje umowy tymczasowe. Do urlopów, a z pewnością do gratisów duchowych mało kto dobrnie.

KryPol w tak głupi sposób straciła na wiarygodności, szczególnie jej działalność związana z prawami pracowniczymi. Mogą sobie wydawać, publikować, ja mogę czytać i kupować, ale nie potrafię już tego zrobić bez złośliwego uśmiechu. I to tylko dzięki mojej życzliwości dla celów statutowych KryPol (nie realizacji i realizatorów). Prawica, goszcząca razem z Sierakowskim np. u red. Chlasty, Sierakowskiego po prostu zje! Zabiją go śmiechem, a Sierakowski będzie zmuszony, o czym pisał Orliński, albo stanąć w jednej linii z Thatcher (Nie ma alternatywy!), albo uderzyć się w pierś. To drugie byłoby uczciwe, ale spóźnione i średnio w ogóle wierzę w taką możliwość.

2. Kapela w dyskusji na FB tak się pogrążył, a ze sobą całe bronione przezeń stowarzyszenie, że po podważeniu, o czym pisałem punkt wyżej, wiarygodności stow. jako lewicowego, pogrążył Krytykę jako „think”-tank. Tłumaczenie się koniecznością rynkową, obrona idei, ale nie kosztem knajpy. Bo u innych jest gorzej, a w Agorze to w ogóle makabra i Orliński nie ma prawa z tego tytułu zabierać głosu.

Po pierwsze, gdy zajrzeć do statutu stow. im. S. Brzozowskiego, to nie sposób znaleźć w CELACH prowadzenia knajpy. Swoją drogą są tam bardzo szlachetne cele, co przyda się później.

Po drugie, Agora jest spółką akcyjną i tym samym można powiedzieć, że jej celem „statutowym” jest napychanie kabzy akcjonariuszom. Może mi się nie podobać polityka kadrowa korpo, ale nic mi do niej – nie jestem akcjonariuszem. Dlatego argument jest niecelny i ponownie pokazuje, że zarząd stow., stosując argumentację na poziomie „u was też biją Murzynów” prezentuje miałkość intelektualną, znowu podważając wiarygodność Krytyki.

Po trzecie, argument o konieczności kompromisu pomiędzy ideową i praktyczną stroną działalności Nowego Wspaniałego Światu i Krytyki Politycznej znowu jest z dupy, chyba nawet bardziej niż powyższe. Można wywnioskować następująco – gdyby sytuacja była idealna, to byśmy działali idealnie. Pytam zatem, po co wtedy byłaby potrzebna KryPol?

3. Według mnie NWŚ jest w ogóle niepotrzebny. W Warszawie naprawdę nie brakuje miejsc, które lepiej by się nadawały do prowadzenia działalności statutowej, albo taniej. Stowarzyszenie w ogóle nie potrzebuje kelnerów do, cyt.:

par. 8 ust. 1 „działalności na rzecz kultury...”

par. 8 ust. 2 „działalności naukowej...”

par. 8 ust. 3 „upowszechniania i ochrony wolności i praw człowieka [...],w tym w szczególności przeciwdziałanie dyskryminacji z powodu [...]położenia ekonomicznego...”

par. 8 ust. 4 „pomocy społecznej...”

par. 8 ust. 5 „działalności na rzecz integracji europejskiej...”

I gdzie tutaj jest piwo?

Może warto byłoby się wynieść z pałacu na skrzyżowaniu Nowego Światu i Świętokrzyskiej? Wszak knajpa nie jest wartością samą w sobie i prowadzenie jej w warunkach rynkowych, kosztem wiarygodności stowarzyszenia, powinno zainteresować komisję rewizyjną. Proponuję cokolwiek: Squat, stare kino lub teatr, galerię, księgarnię - cokolwiek bardziej związanego z kulturą.

Na razie śmieją się z Was wszyscy. Gratulacje.

 

czwartek, 25 sierpnia 2011
Weyland-Yutani, Apple, OCP i Enron

Adam Cebula w jednej ze swoich tegorocznych treksferowych prelekcji stwierdził, że obecnie nie ma i na horyzoncie nie widać żadnego obiecującego futurologa, prawdziwego wizjonera przyszłości ludzkości. Zgadzam się z tą tezą, chociaż prorocy i inne Kasandry zawsze służyli tylko temu, żeby wyskoczyć z puszki Pandory, w ogonku za wszelkimi nieszczęściami, które wieszczyli w swoich utworach, z okrzykiem „A nie mówiłem?”. Może po prostu jesteśmy zbyt ograniczeni, żeby dostrzec pierwsze symptomy zbliżającej się katastrofy; może wolimy je ignorować, żeby nam nie psuły radosnego zachwytu nad własnym rozwojem.

A skąd ten brak futurologów? Szczerze zastanowiło mnie to i przyznam, że z przyjemnością powrócę do tego tematu na przyszłorocznej Avangardzie, a może nawet na wcześniejszym Dzikonie, jeżeli uda nam się zaprosić pana Adama na nasz kameralny konwencik. Może będzie uprzejmy rozwinąć temat, a ja chętnie podzielę się swoimi wnioskami. Nie sądzę bowiem, żeby wszyscy futurolodzy zginęli pod gruzami Hiltona w Costaricanie, wraz z wydawcami Literatury Wyzwolonej oraz członkami Towarzystwa Filumenicznego.

Pierwszy raz o deficycie tym pomyślałem, gdy przygotowywałem prelekcję o antyutopiach – było nie było gatunku związanym z futurologią. Zastanowił mnie brak wizjonerskich antyutopii, jak gdyby wszystko już zostało napisane, a autorzy tylko przekładają różne klocki w tej literackiej i filmowej układance, tworząc bądź to „V”, bądź to „Equilibrium”. Może po prostu pesymizm antyutopii nie wystarcza, a akcent przesunął się w stronę postapokalipsy? Może autorzy nie widzą już dla ludzkości nadziei i wieszczą katastrofę, po której już się nie podniesiemy? I nie mam tutaj na myśli głupawych 2012 i innych pojutrz...ów(?), a raczej serię Fallout wraz z jej protoplastą Mad-Maxem i wariacją na temat tego ostatniego - Wodnym Światem.

Niemniej podejrzewam, opierając się na historii, nie fantastyce, że ostatnie iskierki instynktu samozachowawczego uratują ludzi przed spektakularną katastrofą. Dotychczas zawsze tak było i jeżeli ludzie wymierali, to raczej z powodu dżumy czy innej hiszpanki, holokaustu i Czerwonych Khmerów. Na szczęście (nieszczęście) Hiroszima nauczyła człowieka oszczędnie gospodarować bronią masowego rażenia.

Problem upatruję raczej w wymienionych w tytule postu wymyślonych i rzeczywistych podmiotach – w gigantycznych, ponadpaństwowych, niemal autonomicznych tworach, które, jak ukazały m.in. przecieki z Wikileaks, działają sobie swobodnie, niczym nieskrępowane. Testują leki na dzieciach w Afryce (Pfitzer), zalewają ściekami gigantyczne akweny (BP), swobodnie obracają naszymi danymi osobowymi (Facebook, CitiBank-Hong Kong), wyciągają od państwa pieniądze na ratowanie premii swoich pracowników (GM, sektor bankowy), wpływają na rozwój konfliktów zbrojnych (Halliburton). Na każdym kroku potwierdzają bon mot Ambrose’a Bierce’a, że korporacja to zmyślne narzędzie zdobywania indywidualnych zysków bez indywidualnej odpowiedzialności.

Dlatego, dla ochrony własnych zysków, korporacje nie dopuszczą do żadnej hekatomby, przynajmniej w krajach rozwiniętych. Możemy zatem żyć spokojnie, licząc, że na nas nie padnie i nie stracimy pracy, oszczędności, w końcu mniejszej lub większej niepodległości; że nie zostaniemy wciśnięci w uniformy w rozmiarówce 34-36, nie będziemy wędrować do hipermarketów (tfu, świątyń konsumpcji!) kolumnami, jako robotnicy u Fritza Langa; nie będziemy przemycać w sobie broni biologicznej przy okazji pilotowania Nostromo; w końcu nie będziemy pozbawieni możliwości wyłączenia telewizora, w którym okrągłą dobę będą puszczane reklamy, przerywane ambitnymi programami w stylu „kupuję to za dolara!”.

Nie wykluczam przy tym, że może jestem przesadnym pesymistą. Wszak są objawy coraz ostrzejszego sprzeciwu wobec polityki korporacji i to coraz bardziej zorganizowane. Pierwszymi były oczywiście wspomniane przeze mnie utwory, w których Aldous Huxley i Fritz Lang (niedosłownie), a następnie Verhoeven, Ridley Scott, Bret Easton Ellis zrównują korpo z państwem Saurona. Teraz jednak widać coraz więcej objawów nadchodzącej zmiany. Pierwsze nieśmiałe manifesty, np. „No Logo”, „Yes Men Fix The World”, streeart, a teraz pierwsze zamieszki, w czasie których w pierwszej kolejności dostaje się bankom i sieciowym butikom, wskazują na rosnące napięcie. Może tłuszcza podskórnie czuje, że pewna granica zostaje przekroczona, że sinusoida właśnie osiągnęła swoją wartość maksymalną i ludzie pragną odejścia od tandetnych towarów, tandetnej kultury i tandetnych pieniędzy?

Radzę przypatrywać się rozwojowi mód na steampunk i (bleee!) hipsterom. Wydaje mi się, że są wyrazem pragnienia czegoś, czego korpo nas pozbawiły, a czego z coraz większą siłą pragniemy. Korporacje z jednej strony doprowadziły do dowartościowania konsumenta, który ma wybór (pozorny: między jedną i drugą marką), podkreślając na każdym kroku wartość indywidualizmu, z drugiej strony oferują produkty, usługi i kulturę „cięte z metra”. Być może przespały moment, w którym konsument dostrzegł lub poczuł dychotomię pomiędzy korpo i indywidualizmem, i teraz będzie wyrażał swój indywidualizm odcinaniem się od H&M, Converse’a, od McDonald’s. Z czasem pójdzie do antykwariatu zamiast do Empiku; wyjedzie na urlop kamperem, nie autobusem Itaki; samochód wydłubie na złomie i wyremontuje wydając dwa razy więcej niż kosztuje nowa mydelniczka; zakupy zrobi na straganach u pani Tosi i u pana Janka. Wszystko to jako konsumencki sprzeciw.

A skąd ten temat? Steve Jobs podobno odchodzi. Goodbye, american psycho. :)

środa, 24 sierpnia 2011
Akord

Przejeżdżam pełżotą brata przez plac, za plecami zostawiłem garaż. Wsuwam do magnetofonu kasetę-samoróbkę z nieistniejącym nagraniem "W grocie króla gór" orkiestry symfonicznej NHK pod dyrekcją v. Karajana. Nie mam pewności, że to faktycznie ten zestaw, ale utwór jest wykonywany matematycznie równo, deczko za wolno jak na mój gust, muszą zatem to być oni. Ze zdziwieniem stwierdzam, że mój pasażer - nieistniejący syn moich umuzykalnionych piskich przyjaciół, rówieśnik mojego nieistniejącego syna - nie zna tego utworu i tego wykonania. Przystajemy przy bramie, czekając, aż na ul. Warszawskiej pojawi się przerwa w łańcuchu samochodów z wracającymi po weekendzie turystami, w którą moglibyśmy się wcisnąć. Ruch jest straszny! Oczekiwanie trwa, a tempo utworu narasta: coraz to włączają się kolejne instrumenty, szaleńcze pizzicato zbliża się do upragnionej kody. Czekam na te kilka ostatnich akordów, które ZAWSZE wykonywane są nierówno, bo zawsze jakiś instrument, jakieś echo, czy też inny pogłos, psuje efekt, który powinien powstać po ostatniej ćwierćnucie staccato. W tym przypadku wiem, że tak mistrzowska orkiestra, z tak mistrzowskim dyrygentem nie zawiedzie i po utworze zostanie dzwoniąca w uszach cisza.

I co? A nic, bo dzwoni pierdolony telefon! Leże teraz wsłuchując się w oddech Lubej i z całych 30 lat życia żałuję tylko niewysłuchania we śnie tego bezbłędnego wykonania. To chyba oznacza dobry bilans.

środa, 08 czerwca 2011
trybunał Konstytucyjny

 Na początek przepraszam jedynego.musztardę. Obiecuję odpowiedzieć, ale po prostu nie potrafię przelać na ekran treści przemyślanej, przepracowanej. Muszę trochę Twoje komentarze "zapomnieć" - nazwę bloga wybrałem nie bez kozery. Mam nadzieję że zmiana tematu trochę skróci ten proces (rozważam jeszcze generowanie luk w pamięci poprzez wdychanie rozpuszczalników przy okazji remontu jachtu :).

-------------------

Współcześnie państwo ma pełnić funkcję służebną w odniesieniu do obywatela. Wiem że to mrzonki i teoria, ale trzeba przyjąć jakieś założenie uzasadniające istnienie takiego tworu. Przy takim założeniu trybunał powinien zapisy Konstytucji rozpatrywać w sposób przychylny obywatelom i przychylny państwu - państwo jako abstrakt też potrzebuje PR. Działania organów państwa muszą być zgodnie nie tylko z literą prawa (Ustawa Zasadnicza jest bowiem z założenia nieostra, daje duży margines dla interpretacji), ale też zgodnie z "duchem" tej litery. Duch ten oznacza poczucie sprawiedliwości, takie zdroworozsądkowe. Urzędnicy ostatnio nawalają tutaj na całej linii. O politykach trudno w tym kontekście wspominać, bo wydają się tak oderwani od rzeczywistości, że dziwić mogłoby raczej uwzględnianie przez nich perspektywy społecznej.

Sprawa pierwsza:

Odbyła się chyba wczoraj (niech mnie ktoś ewentualnie poprawi) debata dotycząca projektu ustawy o związkach partnerskich. Dzień wcześniej, na wyborcza.pl, pojawił się artykuł. pt. "Gejom i lesbijkom pomogą krasnoludki?". Pomijając, że tytuł zawęża zakres zainteresowanych związkami partnerskimi, to jest tam kilka słusznych obserwacji, kilka naiwnych założeń.

Otóż red. Pacewicz proponuje, wobec braku alternatywy, lobbowanie PO. Bezsens takiej propozycji udowodnił Niesioł na samej debacie, wyrażając zdecydowany sprzeciw i podając głupio-śmieszne przyczyny tego sprzeciwu. A należy pamiętać, że na prawo od Niesioła jest jeszcze Gowin. Inna sprawa, że do niedawna na lewej stronie Platformy był Palikot (który poleciał raczej za sposoby wyrażania poglądów, nie za same poglądy), a od niedawna Arłukowicz, który do wyborów wesprze Piterę w nicnierobieniu. Nie widzę żadnego tła ideologicznego w partii obejmującej niemal całe ideologiczne spektrum. Musi zatem powodem istnienia PO jest zwykły pragmatyczny pęd do stołków. Tym samym nie będzie tej partii zależeć na zmianie kraju, bo to kraj w obecnym kształcie dał im władzę, dlatego najlepiej będzie utrzymać status quo (Donek co wieczór odmawia paciorek za zdrowie i kondycję Jarka i PiSu, bo bez nich trudniej byłoby o dobry wynik). Owszem, PO ma nad sobą wyższą instancję - sondaże, a chociaż są one czynnikiem koniecznym do przeprowadzenia jakichkolwiek zmian, na których społeczeństwu może zależeć, to nie są czynnikiem wystarczającym. Popierane społecznie zmiany dotychczas dotyczyły zagadnień "bezpiecznych": dopalacze, pedofile, KRRiTV itd. Wprowadzenie ust. o związkach partnerskich jest potencjalnie groźne, bo sondaże z jednej strony, ale z drugiej Kk ze wszystkimi swoimi Flaszkami, Kapciowymi i Grzybami.

Dlatego PO tego projektu nie poprze. Będzie się wykręcać, wygłuszać, w końcu ciemny lud skupi się na innych tematach. Tak było z in vitro.

Jaką ja proponuję alternatywę? Obecnie niewielką. Biorąc pod uwagę "masowość" protestów w czasie wizyty Obamy (nie mam na myśli antywojennych, ale... hm, "antypodwyżkowe"?). Dlatego tak pesymistycznie widzę skuteczność sprzeciwu wobec któregokolwiek pomysłu rządu i parlamentu, przy dowolnych zasiadających tam ugrupowaniach. Skoro bowiem nie chce nam się wyciągnąć dupy sprzed komputera/telewizora i poprzeć tych, których uważamy za krzywdzonych, to się nie dziwmy, że oni też nie wyjdą, gdy obrywać się będzie nam. Skoro lud nie protestuje, to można go dupczyć z dowolnej strony.

Sprawa druga:

Tytuł wpisu to nie błąd - trybunał w pełni zasłużył na małą literę. Konstytucji nic do tego, więc na razie zostaje. Oczywiście piję do nawet nie skandalicznego, ale żenującego orzeczenia w sprawie komisji majątkowej. Przepraszam, orzeczenia nie było, było umorzenie. Sprawa zawisła w próżni na kolejne lata, a cieszyć się może tylko Kk. Skutki takiego umorzenia mogą okazać się bardziej szkodliwe niż się obecnie wydaje, chociaż, zapewne cieszyć się będzie mógł nadal tylko Kk.

Zacznę od częściowej niezgodności z konstytucją. Bardzo podobały mi się komentarze internautów pod artykułami. Komisja jest (była - dobry wybieg) częściowo niekonstytucyjna, podobnie jak można być częściowo dziewicą, albo częściowo w ciąży. Lepiej bym tego nie ujął.

Odnośnie do umorzeń:

Po pierwsze, umorzenie jest wygodne. Nie wiem, czy likwidujący komisję i sędziowie tK się umówili, czy działali niezależnie, ale powstał pretekst. Inna sprawa że nieprawdziwy. Otóż stwierdzenie niekonstytucyjności komisji, a tym samym jej decyzji byłoby początkiem na drodze do zwrotu niesłusznie (niekonstytucyjnie) przekazanych ziem i nieruchomości. Skoro zatem decyzje komisji nadal są wiążące (przecież Kk niczego nie oddał), to jej działanie tak naprawdę się nie skończyło! Ten argument można by zastosować, gdyby komisję rozwiązano przed podjęciem pierwszej decyzji w sprawie przekazania majątku. Czyli trybunał łże.

Po drugie, orzeczenia stanowią wykładnię dla przyszłych działań państwa. Jeżeli zatem tK uznałby niemożność odwołania się od decyzji komisji za niekonstytucyjną, to byłoby to wiążące lub przynajmniej wskazywałoby na niekonstytucyjność w przypadku przyszłych podobnych lub innych komisji.

Po trzecie, argument trybunału byłby sensowny, gdyby każdy wyrok miał identyczne skutki (konsytutycjość/ niekonstytucyjność/umorzenie powoduje identyczne następstwa). Tutaj dalszy komentarz jest zbędny.

Przyznam, że obie sprawy spowodowały dalszą erozję mojego (i tak przesadnie życzliwego) stosunku do państwa. Państwo nie działa bowiem na rzecz społeczeństwa (działało na rzecz Kk, na rzecz Obamy, przede wszystkich swoich decydentów), staje się zatem organizmem zbędnym, a nawet szkodliwym, bo nadal wymaga od obywatela, a nie realizuje swoich celów. Tutaj powinna być symetria: ja łamię ustawę, ponoszę konsekwencję, rząd łamie ustawę, nic się nie dzieje. Oczywiście ten przykład jest pierdołą bez znaczenia, ale pokazuje arogancję, a arogancja rodzi sprzeciw. Trudno szanować bowiem kogoś lub coś, co jest aroganckie tylko z powodu pozycji siły. Jeszcze trudniej, gdy taki arogant płaszczy się przed innymi arogantami, silniejszymi chyba tylko swoją większą arogancją. Pozycja siły wynika, w przypadku rządu i Kk) tylko z bierności społeczeństwa. Owszem, sprzeciw (wewnętrzny) jest znaczny, poziom gniewu i rozczarowania wysoki, ale na zewnątrz tego nie widać! Dlatego jest mi po prostu przykro, że mamy tchórzliwych kundli w trybunale Konstytucyjnym, tchórzliwych kundli we władzach, w końcu sami jesteśmy takim narodkiem, co to hycel powinien zgarnąć na Palucha, żeby okolicy nie obsrywał bezproduktywnie. A przy takim nasileniu tchórzostwa (nie w grupie oczywiście i nie przy gwarancji przewagi siły) trudno o szacunek dla całego tego organizmu zwanego RP.

trybunał potwierdził tylko, że nie warto,naprawdę nie warto przejmować się ideałami, cnotami, że naprawdę nie ma sensu starać się, budować. W końcu bowiem pojawi się jakaś tchórzliwa gnida, która wyskoczy w panice z okopów i zdradzi pozycję towarzyszy. Nie wiem, może jestem genetycznie skażony przez pokolenia narwańców, ale jak mojego dziadka pamiętam jako wypalonego, tak coraz bardziej wypalony jest mój ojciec. Mi też już się coraz częściej po prostu nie chce. Wychodzę na balkon zadając sobie pytanie: starać dla nich? Coraz częściej odpowiadam sobie, że nie warto.

Na szczęście mam jeszcze świnki.

P.S.: A potem znowu, kurwa, wlezę w coś, bo wyda mi się to słuszne. Ja pierdolę, jak Miauczyński.

niedziela, 05 czerwca 2011
Zawężone prawa człowieka

Wypowiadający się w dokumencie BBC członkowie załogi Enola Gay bronili swojego poparcia dla zrzucenia bomby atomowej działaniem w imię mniejszego zła. Argument był tyle prosty, co fałszywy – w przypadku inwazji Japończycy prędzej zginęliby co do jednego w imię obrony ojczyzny i cesarza, a tak udało się uratować wiele milionów kosztem nieznacznych setek tysięcy. Nie kupuję tego argumentu. Po pierwsze obejmuje gdybactwo, które nie ma nawet na swoje poparcie precedensu z historii, bo żadne społeczeństwo nigdy nie broniło się do krwi ostatniej, a co najwyżej okupanci dokonywali rzezi na złamanych już i bezbronnych, biernych obywatelach (vide Kartagina). Po drugie jest tu odwrócenie roli – Amerykanie mieli dokonać inwazji, ale wcale by się tą inwazją nie przyczynili do skrwawienia Japończyków. Ci po prostu niesłusznie i brutalnie by się bronili.

Problem z pojęciem „wojny sprawiedliwej” pozwoliłem sobie rozwiązać, na własne potrzeby, już jakiś czas temu. Za wojnę sprawiedliwą ostatecznie mogę uznać wojnę obronną, to znaczy toczoną na własnym terytorium przeciwko agresorowi. Wynika to z konieczności dokonania wyboru – albo bawię się w Gandhiego, posłusznie staję na rampie i biernie przyglądam się gwałtom na najbliższych lub nieco dalszych, albo staram się temu przeciwdziałać. Oczywiście okupant nasili aparat represji, stosując odpowiedzialność zbiorową, niemniej alternatywa jest żadna.

Politycy państw należących do NATO wydają się stosować inną definicję „wojny sprawiedliwej”. Stosują też inną definicję tortur, ale o tym za chwilę. Dla uzasadnienia słuszności agresji stosują rezolucje ONZ jako listki figowe. Miało to miejsce w przeszłości, od chwili powstania tej izby dumania, ma to miejsce także i teraz, zapewne będzie miało miejsce w przyszłości. Czasami zastanawiam się, czy ONZ nie jest potrzebne Amerykanom wyłącznie do usprawiedliwiania kolejnych agresji? Przecież w przypadku uzasadnienia najechania Iraku powody były tak bzdurne i wątłe, że w ogóle można było je sobie odpuścić. Przynajmniej by było tylko strasznie, a nie strasznie i śmiesznie. Na wszelkich innych płaszczyznach – przestrzegania praw człowieka, ochrony środowiska i innych, SZA olewają ONZ ciepłym moczem, a jako główny płatnik robią to w sposób tyleż oczywisty, co bezczelny.

W ogóle definicja „wojny” wydaje mi się ostatnimi czasy umykać. Podobnie jak w przypadku „wojny sprawiedliwej”, służy to wciskaniu ludziom, że „wojna z terroryzmem” jest po pierwsze wojną, a po drugie wojną obronną, czyli sprawiedliwą. Może wynika to z mojej ignorancji, a może z niedostatków umysłowych, ale w ramach tej wojny Amerykanie najpierw najechali Irak – jedyne chyba świeckie państwo regionu (z definicji samo zwalczające organizacje fanatyków religijnych), potem najechali Afganistan (i to już naprawdę nie wiem, czemu?), teraz zamierzają się na Pakistan, który jednak z powodu posiadania przezeń broni atomowej traktują jak zbuka. W osobie S. Husajna widziałem zbrodniarza przeciw ludzkości, w przypadku Talibów widziałem fanatycznych, łamiących takoż prawa człowieka pasterzy kóz i producentów opium, ale nigdy nie przyszłoby mi do głowy szukanie w strukturach państwowych, uznawanych przez inne państwa, terrorystów. Owszem, nie wykluczam że znajdowali się tam terroryści, że nawet byli wspierani przez administracje państwowe, ale to raczej marny argument; równie dobrze można najechać Irlandię za Sinn Fein, a Hiszpanię za negocjacje kolejnych rządów z członkami ETA. Polacy też powinni otrzymać solidne bęcki za Ruch Autonomii Śląska, który jest („to oczywista oczywistość”, wystarczy spytać Jarka K.) piątą kolumną, a zatem organizacją terrorystyczną in spe.

Argumentem przeciwko uznawaniu agresji na Irak i Afganistan jest sam przebieg tychże. Odwołam się do przebiegu II WŚ na terenach Polski:
Najpierw był ostrzał i bombardowanie celów wojskowych. W tym czasie poszła w świat propaganda, że Polacy chcą zagarnąć Prusy Wschodnie. Potem, gdy celów wojskowych zostało mniej, a struktura wojsk zmieniła się w nieregularną i zatomizowaną partyzantkę, okupant zaczął skupiać się na ludności cywilnej. Rewizje w poszukiwaniu ukrytej broni i zapasów, aresztowania domniemanych pomocników i ukrywających partyzantów, w końcu aresztowania „polnische banditen” (dziś "terrorystów") i przesłuchania z zastosowaniem tortur (dziś „poszerzonych metod przesłuchań”). Przecież to samo miało miejsce w Iraku, ma miejsce w Afganistanie!

Tutaj przechodzę do jednej z przyczyn powstania tego wpisu. Owszem, zdarza mi się opad szczeny po jakiejś nieprawdopodobnej głupocie sprzedawanej przez polityka lub innego autoryteta: tak było przy okazji zabicia bin Ladena, tak było po wyroku w sprawie morderców cywilów w Nangar Khel, tak było po przeczytaniu podlinkowanego artykułu, streszczającego wywiad z R. Pipesem dla tyg. „Wprost”.

Oczywiście po wypowiedzi Lisa popierającego tortury (z powodów tak głupich, że Lis mógłby oddać Wprost, nie pokazywać się więcej w TOK.FM i skupić się na dymaniu Kaśki Lisowej, do czego mózg niepotrzebny) uznałem, że Lis znalazł sobie utytułowaną papugę popierającą jego pogląd. Niemniej pozwolę sobie dalszą część wpisu poświęcić tej dziwnej wypowiedzi.

Właściwie w Europie argumentów przeciwko torturom, czyli znęcaniu się nad drugim człowiekiem, nie trzeba przytaczać. Samo pytanie o argument, dlaczego nie należy drugiego człowieka maltretować fizycznie i psychicznie, uważam za niesmaczne, szczególnie że argumenty za stosowaniem tortur zostały już przepracowane w rzeczywistości:
Dla wydobycia informacji – informacje niewiarygodne.
Dla zastraszenia (poprawy bezpieczeństwa) – powodują chęć zemsty, czyli zwiększają zagrożenie.

Argumenty przeciwko? M.in. powyższe, bo właśnie dodawanie do nich kwestii humanitarnych, humanistycznych i prawnych uważam za niesmaczne.

Co szczególnie mnie wzburzyło w tym redefiniowaniu tortur, to wybór granicy, do której można człowieka maltretować i poniżać. To już jest kurewstwo i to kurewstwo szczególne, bo z pozycji siły wprowadza się aneksy do praw podstawowych i przyrodzonych każdemu (jeszcze raz – KAŻDEMU!) człowiekowi. Owszem, kryteria te są subiektywne, bo każda osoba inaczej odczuwa różne niedogodności. Dla mnie, na przykład, szczucie psami nie byłoby torturą. Ale w tym wypadku należy równać w górę, nie w dół. Wymaga to pewnej empatii:
Czy odmawianie snu jest (czy dla kogoś może być) torturą? Czy torturą jest (może być) pozbawianie bodźców, na przemian z nadmiarem bodźców? Czy ekstremalne temperatury, hałas, są (mogą być) torturami? Czy torturą jest (jw.) w końcu „udawanie” przytapiania? Tak, to są tortury. Mają one bowiem wywołać dyskomfort i jeżeli torturowany uważa je za tortury, to są to tortury. Dlatego za tortury należy uważać także podawanie psychotropów i wywoływanie przerażających „odlotów” – bo chociaż to nie dzieje się „naprawdę” (podobnie jak przytapianie nie jest prawdziwe), a brak snu nie grozi śmiercią (nad czym czuwa lekarz zobowiązany przysięgą Hipokratesa) – to torturowany odbiera te bodźce jako wyjątkowo niekomfortowe albo jako zagrożenie życia. To samo dotyczy poniżania, obnażania, naruszania lub odzierania z godności.

Na koniec pozwolę sobie na analogię: Czy mogę porwać z ulicy osobę, którą podejrzewam o porysowanie Saabakumy, zamknąć ją gołą w piwnicy i zmusić do masturbacji, od czasu do czasu pozwolić przekimać 15 minut, zakryć twarz ręcznikiem i polewać wodą w niewielkich ilościach niezagrażających życiu? Może w końcu by się przyznała i nawet wskazała narzędzie zbrodni. Co szanowny sąd RP by na to powiedział? Chyba bym skończył w ciupie, ale po wyroku w sprawie Nangar Khel nie mam pewności.

piątek, 03 czerwca 2011
Kublik znów gazuje

Od kilku dni pochodzą przecieki, że Obama przylatuje nie jako prezydent, ale lobbysta przekonujący do zezwolenia firmom z SZA na wydobycie gazów łupkowych. Tej okazji nie przegapił agorowy lobbysta Andrzej Kublik, któr po raz kolejny przekonuje, że musimy się na wydobycie gazu zgodzić, a Pawlak obliczający koszty je zawyża. Kublik jest łaskaw pomijać kilka istotnych czynników ekonomicznych, podobnie jak czyni to w przypadku artykułów nieoficjalnie sponsorowanych przez producentów samochodów. Tutaj powołuje się bowiem na koszty podane przez Amerykanów. Tak wyliczane koszty widziałem kiedyś w przezabawnej reklamie garbusa:

http://www.youtube.com/watch?v=9XUKOUbp_PA

Na niej zamierzam oprzeć argumenty popierające, wbrew osobistemu brakowi sympatii, złotoustego strażaka z PSL, który nawijając przez 15 minut nie skłamie, ale prawdy nie powie i w zasadzie nic nie powie.

1. Gaz łupkowy jest mniej kalorycznym paliwem niż gaz ziemny. Jakie są tego skutki wie każdy kierowca wożący swoje cztery... kółka na LPG. Paliwo to jest, owszem, tańsze, ale zużycie jest wyższe niż benzyny, dlatego do spalania podawanego przez komputer należy doliczyć X procent (nie wiem ile, bo nie doliczam. Krew mnie bowiem zalewa, gdy podziwiam apetyt Saabakumy). Taki czynnik należy zatem uwzględnić w cenie.

2. Koszt wydobycia w UE będzie znacznie się różnił od kosztów w SZA. Zgodnie z przepisami zawartymi w kilku dyrektywach, m.in. w ramowej wodnej, siedliskowej czy ptasiej, inwestor musi odtworzyć zniszczone tereny w tym samym lub innym miejscu. Czyli, gdy wystraszy ptaki z 15 gniazd lub uniemożliwi tarło 15 sielawom (no dobra, powinno być 14 lub 16 :), to musi odtworzyć warunki sprzyjające osiedeleniu się lub wytarciu tej właśnie liczbie zwierząt. Koszty te są znikowe w przypadku takiej inwestycji, jak elektrownia jądrowa, a nawet jakiś pojedynczy kamieniołom. Jest to bowiem inwestycja zlokalizowana przez dłuższy czas w bardzo ograniczonej przestrzeni. Co innego z wydobyciem gazu z łupków: Tutaj odwiertów dokonuje się co chwilę w innym miejscu, tym samym degradacji ulega w sumie ogromny teren. To powoduje ogromne koszty rekultywacji.

3. Opisywane przez Kublika "śladowe ilości" substancji chemicznych to nie są jakieś detergenty rodem z "Ludwika". To całe stada rakotwórczych, trujących, duszących i drażniących związków, często wymienionych w załączniku XIV unijnego rozporządzenia REACH, a tym samym podlegających szczególnemu nadzorowi. Ich nie można tak sobie wpuszczać w glebę! W ogóle nie można sobie nic z nimi robić, dopóki Europejska Agencja Chemikaliów nie da zielonego światła. A dzięki zielonym zielone światło może być problemem. Rozumiem, że Exxon może sobie obniżać koszty w SZA, bo wydobycie gazu z łupków zostało wyłączone spod jurysdykcji EPA. W UE się to nie uda.

4. Dotychczasowa twórczość red. Kublika wskazuje, że obce mu jest pojęcie "kosztu utraconych szans". Nawiążę do art. zamówionych przez producentów motoryzacyjnych. Lobbing za wymianą samochodów co 5 lat, za instrumentami fiskalnymi zmniejszającymi opłacalność kupowania samochodów używanych, "bo to się opłaca" nie uwzględnia wspomnianego przeze mnie kosztu. Nie ma starszych samochodów - nie ma X zakładów blacharskich z ich pracownikami i odprowadzanymi podatkami, stymulowanym przez nich lokalnie popytem. W to miejsce są zasiłki i zapomogi ze skarbu państwa. Podobnie w przypadku dewastacji środowiska wskutek wydobycia gazu - sprzedający działki rekreacyjne nie zarobią na walorach przyrodniczych, dlatego sprzedadzą je dużo taniej. Nie będzie w tym miejscu gospodarstwa agroturystycznego, bo co to za atrakcja oglądać zza okna kratownicę szybu i wąchać metan? Jak już wspomniałem, chuj z tym, gdy jest jeden zakład działający na małym obszarze. Tutaj mamy potencjalnie gigantyczny teren, którego walory ulegną zmniejszeniu, także w kategoriach finansowych.

5. Wbrew pozorom zdrowie i życie można wycenić. Jeden dzień życia ma swoją wartość, jeden dzień choroby takoż. Wcale łatwo przeliczyć taki koszt spowodowany zastosowaniem trującej substancji, emisją hałasu. Tych też jakoś nikt nie bierze pod uwagę, zresztą po co, skoro Kublikowi zależy na podkreśleniu niskiej ceny wydobycia gazu. Niskiej, nie uczciwej.

Mógłbym podać więcej czynników windujących koszt wydobycia. Oczywiście powyższe koszty, mimo że istnieją, to przecież nie zostaną poniesione przez inwestorów. W końcu inwestorzy przybędą z SZA, a skoro można zablokować stolicę z powodu przyjazdu jednego Amerykanina, to tym bardziej można przymknąć oko na wpuszczany do gleby arszenik. Z tym, że te koszty nadal będą istniały i zostaną poniesione. Nie przez inwestora, ale przez obywateli PL. Unia zażąda naprawienia siedlisk, rolnicy pójdą na kuroniówkę, zatruci wylądują w szpitalach, a zyski ze sprzedaży będą łatać rachityczny budżet SZA. Liczę zatem na powtórkę z Rospudy. Będzie trudniej, bo stawka jest po wielokroć wyższa, ale też wkurw społeczny będzie większy. Zatem zwieramy szyki i na barykany.

No pasaran!

wtorek, 31 maja 2011
Co teraz z Millerem zrobi Grzesio-fotoamator?

 

Więzienie w Szymanach było, według mnie. Przesłanki są wystarczające do zastosowania brzytwy Ockhama, a ta niezmiennie ma swoją wartość. Po pierwsze jest za dużo publikacji, za dużo ginących dokumentów, zaprzeczeń polityków i ta dziwna panika, gdy ich o to zapytać. Po drugie wizyta Obamy pokazała, że polscy politycy doznają orgazmów na widok Amerykanów i gotowi są całą Warszawę zablokować, a gdyby SS (Secret Service) sobie zażyczyło, to pewnie i pomalować na żółto.

Teraz kolejna seria zaprzeczeń i "wytłumień ze strony Millera i Waszczykowskiego. Nikt niczego nie wie, nie wiedział, nie podpisywał, a poza tym to lepiej nie drążyć, bo terroryści i żołnierze w Afganie. Przyznam szczerze, że z całej sprawy wokół tego więzienia najbardziej wkurza mnie to straszenie terrorystami. Nie pytać, bo terroryści; nie odpowiadać, bo terroryści; nie publikować dokumentów, bo terroryści. I to mówią politycy „lewicy”? Wydawało mi się, że to lewica powinna walczyć z torturami i naruszaniem godności, z ograniczaniem wolności bez wyroku, powinna walczyć o zwiększenie udziału społeczeństwa w sprawowaniu władzy m.in. poprzez poprawę przejrzystości działań i podjętych decyzji.

Wstyd mi za Millera, który po raz kolejny pokazuje "jak kończy mężczyzna". Wstyd mi za wszystkich forumowych szczekaczy, którzy srają w gacie z obawy przed jakąś abstrakcyjną alkajdą. W imię tego strachu gotowi są zrezygnować ze swoich praw, czyli tak naprawdę nigdy nie uważali ich za szczególnie cenne. Podejrzewam że owym przerażonych nie przeszkadzają również tortury (Lis, nie zapomnę ci tego!). Może zatem wszystkich wystrachanych na pole i niech odpierdalają pańszczyznę, skoro pokazali niejaki mentalny dystans do homo sapiens, z naciskiem na sapiens?

Oczywiście sprawę więzienia CIA w PL trzeba rozwiązać. Rozwiązać na szczeblu UE. Że wstyd i zagrożenie? Ale przyczyną wstydu i zagrożenia nie jest proces i nie publikacje prasowe. Przyczyną jest zgoda na to więzienie. Może zatem odpowiednia burza, skazani, zdymisjonowani lub po prostu zdyskredytowani są potrzebni, żeby ich następcy kilka razy zastanowili się przed podjęciem podobnej decyzji. Obawiam się bowiem, że pod rozwagę wezmą nie to, czy należy się na to zgadzać, ale jak to lepiej ukryć? Przypomina mi to odcinek „South Park” o pedofilach w Kk: księża zareagowali wybuchem śmiechu na propozycję, aby nie molestować.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7