| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
RSS
czwartek, 19 stycznia 2012
Czy będę ciągał coś na haku?

- Czy będzie pan coś woził na haku? - spytał mnie facet w warsztacie. Energicznie pokręciłem głową dodając, że to automat. Wtedy wbił mi pieczątkę i dodał - Tył jest kompletnie skorodowany i hak po prostu odpadnie, połataliśmy jeszcze nadkola, ale podłoga jest w takim stanie, że jeszcze 3 lata pojeździ i nie będzie czego łatać.

Tegoroczny przegląd SAABakumki był jednocześnie ogłoszeniem fazy terminalnej. Owszem - wiedziałem w chwili zakupu, że przedni prawy błotnik nadaje się tylko do wymiany, ale był bity, więc rdza była naturalną tego konsekwencją. Od dołu tez obejrzałem ino progi. Teraz już wiem, że kupiłem za cenę nie okazyjną, ale po prostu uczciwą. Ale ococho?

Jak na limo przystało SAABakumka kursowała przez lata między hotelem i i lotniskiem gdzieś w Reichu. Potem przybyła do PL, konkretnie do Wawy i tutaj już pozostała, regularnie i obficie konserwowana solą. Skutki tej konserwacji powodują, że to nie silnik mający na karku 350k km, nie zawieszenie często remontowane wskutek kontaktu z krajową siecią dróg, ale właśnie blachy doprowadzą w perspektywie kilku lat SAABakumkę na złom.

Jednego nie potrafię zrozumieć: Po co? Po co te tony soli, które w żaden sposób i nikomu nie pomagają? Śnieg udeptany i zasypany piaskiem jest przecież wygodniejszą powierzchnia do chodzenia (i ciągnięcia sanek), a białe drogi przy średniej warszawskiej prędkości w szczycie spokojnie wystarczają do sprawnego i bezpiecznego poruszania się (z wyjątkiem Tamki, gdzie ikarusy czasami zjeżdżają wbrew rozkładowi). Przy tym po roztopach miasto nie wygląda jak po zastosowaniu gazów bojowych, czyli z wypaloną do gruntu (i wraz z gruntem) zielenią. Od chwili, gdy sprytne samorządowe umysły wpadły na pomysł doprawiania śniegu przestałem lubić zimę. Z przyczyn czysto estetycznych. Zima przestała być biała, zaczęła przypominać kolorami i konsystencją zimniejszą odmianę słoty. I ten gnój na butach, na samochodach, na przystankach, na nogawkach, pordzewiałe słupki i znaki drogowe, zagnojone śmietniki i barierki. Naprawdę warto niszczyć całą przestrzeń w imię... no właśnie czego? Chyba mody.

Argumenty o samochodach z napędem na tył, o zakopywaniu, poślizgach itd. można między bajki włożyć. Zasada jest prosta: nie potrafisz - nie jeździj! Umiejętność jazdy nie polega przecież na utrzymaniu się na drodze przy 150 km, ale na skręcaniu właśnie (i to nie przy 150, ale przy właściwej prędkości - czysta fizyka).

Weź starego poldka czy innego malucha i kręć bączki na placu przy Wola-Parku czy innym Tesco. To naprawdę nie jest trudne. To pisał ja! Dzikowy, który zaczynał od Red Diavolo z napędem na tył i od poldka z napędem na tył. Oba zgniły przez narzekania domorosłych rajdowców, którzy jak soli nie zobaczą, to na drogi nie ruszą. Dlatego apeluję: niech nie solą, a wy i tak nigdzie się nie ruszajcie.

piątek, 13 stycznia 2012
Czy cała Polska musi być jak PKP?

Czytam sobie i słucham, i coraz bardziej czuję się jak ten pasażer na peerelowskim dworcu.

Rozkłady zerwali, a stara szczekaczka jąka się: "...ak....ak...akak.....ak......ak.... stanowiska trzeciego!"

No to biegnę, bo może mój, ale nie. Nie mój.

Za chwilę znowu: "ak...ak.....ak...ak......ak...ak....ak....dzie z opóźnieniem".

Potem znowu przerywane kaszlenie głośnika i znowu, i znowu...

A ja już nie biegam. Sięgam do portfela i sprawdzam czy starczy mi na taksówkę za rogatki miasta, żebym stopa złapał.

Tracę mnóstwo kasy i czasu, w ogóle nie wiem o co chodzi, wkurwiony jestem już na wszechświat jako całość i zachodzę w głowę, jakim problemem jest wymiana tych głośników lub rozwieszenie nowych rozkładów? Przecież to nic trudnego!

To takie pierwsze skojarzenie z nową ustawą refundacyjną.

środa, 11 stycznia 2012
Z Lubą rozmowy

Po wieczornych odwiedzinach DemocracyNow!, ostatnio trochę zaniedbanego:
(D)zikowy: A wiesz, że Obama rozwiązał problem Guantanamo?
(L)uba: ?
D: Jednym podpisem pióra. Teraz może ich tam trzymać bezterminowo.
L: Nobla mu dać, Nobla!
D: Ale którego?
L: A wszystkie. I oto dlaczego nie należy dawać pokojowego "na zaś".
D: A czemu? Przecież teraz by nie dostał, więc by nie miał, a tak ma.
L: W sumie... 

wtorek, 10 stycznia 2012
My czterej pancerni...

Właściwie to betka, chociaż wkurza. Nick „Dzikowy” pojawił się zapewne jakoś przypadkiem w 1998 r. lub w tych okolicach. Dzik, Dziki, Dzikszy itp. były już zarejestrowane na wp.pl, a nie chciałem się logować na skrzynkę, jako dzik529+pi_pół. Tak też przyczepił się do mnie ten Dzikowy i towarzyszy od dawna. Powtarzam, że zawsze i wszędzie. Nie używam fałszywych, zmienionych i innych dziwnych nicków, chyba że wcześniej się już gdzieś zarejestrowałem i po latach przepomniałem hasło. Wtedy po prostu informuję kim byłem (jestem).

Właściwie to betka, bo nie firmuję nickiem komercyjnej działalności. Nie jest to jakiś pseudoni(ck) artystyczny, nazwa firmy, linii kosmetyków lub odmiany tulipanów. Nie zarabiam na tym, więc i nie tracę.

Właściwie to betka, bo nick ten nie jest ani urodziwy, ani jakoś specjalnie istotny dla mojej działalności w sieci i w realu. Owszem, kojarzą mnie gazetowe feministki forumowe w liczbie trzech szekspirowskich czarownic. Owszem, kojarzy mnie trochę sympatycznego polskiego geekowstwa. Ale nie występuje ów w KRS i raczej nie stosuję go w korespondencji z ludźmi „normalnymi” lub nie mającymi do siebie dystansu.

(Przepraszam dosię zdystansowanych, których nickiem nie zaszczyciłem – to nie była żadna sugestia, a niedbalstwo.)

Właściwie to betka, bo od strony prawnej nie mam prawa i nie chcę egzekwować sobie prawa do zarezerwowania nicka na wyłączność. Z braku drugiego imienia widocznie takie sobie wymyśliłem i czasem się nim posługuję się nim dla urozmaicenia. Czy ksywka „Saturnin” odcina wszystkich Saturninów od ich imienia? Takoż ja nie będę odcinał innych Dzikowych od Dzikowego.

Ale tyle o mnie. Gorzej jest z artystami, osobami swoim nickiem (zamiast nazwiska) firmującymi swoją działalność, twórczość itd. Próba rozpoczęcia kariery pisarskiej od nazwania siebie „Or-Ot”-em lub „Boy”-em byłaby przynajmniej nietaktem i skutkowała tej kariery zakończeniem w blokach. Czy zatem, przy rosnącym znaczeniu naszych avatarów, nicków, profili i kont internetowych, nie powinniśmy przynajmniej uszanować czyjegoś prawa do indywidualnego i niepowtarzalnego nicku? Jeszcze pół biedy, jeżeli ktoś nie zrobi risercza w guglu i przypadkiem powieli ksywkę lub żywcem przeniesie przylepioną do się z realu. Ale jeżeli ktoś ciebie zna, zna twój nick i z dewiacyjnych, i sobie tylko znanych przyczyn tę ksywkę podpierdala, to już jest kurestwo czystej wody. Zatem apeluję:

Dzikowy, ty towarzyszu Szarika na legowisku i czyścicielu lufy po harcach działonowego Gustlika! Oddaj mi mój nick!

Tagi: internet
01:13, dzikowy
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 grudnia 2011
EurLEXX

Dawno niczego nie wrzucałem. Poprawię się, gdy znajdę nieco wolnego czasu. A tymczasem wklejam dowcip, który zmajstrowałem dziś dla Lubej.

http://imageshack.us/f/18/eurlexx.jpg/

niedziela, 13 listopada 2011
To gdzie ja w końcu byłem?

 Byliśmy na Kolorowej... z Lubą i grupką (dwiema grupkami) znajomych. W sumie mało nas było, bo drałując na tej ograniczonej przecież przestrzeni, spotkałem jeszcze jedną „grupkę znajomych”, już nie tak małą. Zgodnie z relacjami KryPolu i trzyczęściowego była herbata, były piłki i był hulahop. Była też antifa – która stojąc na „pierwszej linii” w sposób agresywny trzymała transparenty, czym burzyła porządek i ogólnie przyjęte zasady współżycia społecznego. Policja nas otaczająca wynudziła się jak mopsy. Urocza Pani Władza od strony pl. Konstytucji w pewnym momencie zaczęła nieprzepisowo przestępować rytmicznie z nogi na nogę w rytm samby.

Zadaniczo chórek pieśni patriotyczne śpiewał nieczysto, za to Tymański jak kamerton. Bębniarze czasem grali nierówno, a czasem jak metronom.

Potwierdzam relacje mediów, ale częściowo:
Było niebezpiecznie. Trzy razy dostałem w twarz piłką plażową. Raz antifa wyskoczyła przed szereg zatrzymać grupę pokojowo manifestujących w bramie patriotów. Na 20 sekund, bo potem zastąpiła ich policja. Tak właśnie – zastąpiła przy ochronie pokojowego wiecu. Idealna współpraca, jak na anarchistów i policję. No i oczywiście policja zmuszona była potraktować nas gazem. Oczywiście na lewactwo i pedalstwo wystarczy małe stężenie (większe położyłoby Kolorową trupem), dlatego rozpylali pół kilometra dalej. Ale i tak piekło w oczy, jak po nocy na FB.

W opisach i relacjach jestem cienki, dlatego starczy tego. Przejdę do wyrażanego tu i ówdzie wkurwu pod adresem żurnalistów. Gdy tylko dotarł do nas gaz, a od jakiegoś czasu tam, pół kilometra dalej, policja podlewała zieleń miejską, stwierdziłem, że pijarowo faszole przegrały to starcie. O, jakże się myliłem! Pies z rzepą i kaczorem – mieli teksty przygotowane już przed manifestacjami, ale pytam pracowników stacji: PR, TVN, Polsat itp. – Kto wam te wasze kabaryny rozpieprzył? Niemcy czy Kolorowa? Kto rozpieprzył MDM? Musi Biedroń – ma wprawę i był w pobliżu. Kamery go zarejestrowały. Kto rozpieprzył radiowozy? Pewnie prowokatorzy.

Za młody jestem na pamiętanie „tamtego systemu”, mimo że jeszcze na rewizję osobistą UB zdążyłem się załapać. Niemniej taka retoryka mi śmierdzi. Opisywanie rzeczywistości nieistniejącej stanowi zaletę w przypadku twórców fantastyki, ale nawet ci, gdy zaczną parać się inną dziedziną, momentalnie tracą na wiarygodności (patrz: Ziemkiewicz). Dlatego mam pretensje do autorów relacji.

Pierwsza moja teza: zakazać wam dostępu do internetu! Nie byłeś/nie byłaś? Nie pisz relacji, bo tylko się ośmieszasz!

Teza druga: przepytujesz polityków (którzy nie byli, ale ośmieszanie się to dla nich nie pierwszyzna) – pytaj wyczerpująco. Zwidy Kaczyńskiego o Niemcach to się na memy nadają, nie do poważnej prasy. On o Niemcach – wy o kiboli. On o Niemcach – wy o kiboli. On ignoruje – wy o kiboli. On o Tusku – wy o kiboli. W końcu to do dziennikarzy należy „obrobienie” materiału, dlatego starajcie się o sensowny materiał. Bo znowy się ośmieszacie.

Teza trzecia: piszę po dwóch dniach. Przez ten czas ochłonąłem, przemyślałem, wyciągnąłem wnioski, przeczytałem relacje, blogi, komentarze. A zanim jeszcze w piątek wróciłem do domku, już się jakiś socjolog (też z pozycji kanapy przed TVN24) mądrzył, jaka to wina tych, a tamci nie lepsi, i zakazać, i karać, a w ogóle to nie dorośli (oni, bo socjolog dorósł i obejrzał relację, a potem się pobrandzlował u dyżurnego, który go tam w dzień świąteczny na dyżurze przepytał).

Teza czwarta: Tusk pokazał, że ma w gabinecie swoim lub Hanki lemowską maszynę, która robi wszystkie rzeczy na „p”. Czyli projekty. Przy okazji pedofilów (na „p”) momentalnie pojawił się projekt ustawy. Przy okazji randki nekrofilskiej (spotkanie na cmentarzu) momentalnie pojawił się projekt hazardowy. Przy okazji zatrucia dopalaczami j.w. Teraz, znowu, zanim wróciłem do domku, już Hanka powiozła w zębach Bronkowi projekt ograniczenia swobody zgromadzeń. O to pytajcie! Już raz próba zakazu zasłaniania twarzy podegła w TK. Teraz będzie identycznie. Trzeba zatem zmienić konstytucję. Jak już zmieniać w tym punkcie, to może uda się od razu w innych? Przy okazji art. 212 kk była akcja, że ograniczanie swobód. Tutaj jakoś (jeszcze) nikt za bardzo nie krzyczy, a powinien. Rostowski przewiduje recesję, dlatego wszyscy przewidują demonstracje, jakich nie było tu od dawna. Fajnie by było mieć w ręku instrument, który pozwoli a priori uznać takie manifestacje za nielegalne, prawda?

Teza ostatnia: Skąd się bierze symetria? Zwracam uwagę szanownym żurnalistom od wikipedii, twittera i youtube, że to nie mecz. Nie ma dwóch drużyn (których kibice na równi walą „Żydami” i „pedałami” pod adresem kibiców przeciwnika) – wówczas byłaby symetria.Kolorowa oznaczała sprzeciw wobec dziurawego prawa lub dziurawej praktyki sądowej. Gdyby pięciopiwozamawiający zostali skazani, gdyby faszole towarzyszący paradom równości zostali skazani, gdyby ONR i MW zostały zdelegalizowane na podstawie istniejących przecież paragrafów, wówczas sprzeciw byłby niepotrzebny lub wymierzony w próżnię. To nie jest tak, że tysiące ludzi mają zwidy – sama GW najpierw trąbi o Podlasiu, a dwa dni później tu ekstrema rzucająca piłkami plażowymi (między sobą) i tam ekstrema od kamieni. Myślcie! To nie Kolorowa opłotkami podbiegała rzucić flarę w dziadka pod flagą biało-czerwoną, to faszole podbiegali rzucić flarę w babcię pod flagą tęczową. Nie ma symetrii!

Podejrzewam, że w tym roku antifa zrobiła błąd. W imię pijaru, dobrego imienia organizatorów i uczestników przyjęli postawę defensywną i bierną. Ale się wszyscy przeliczyli. Nie wystarczy robić piknik ze śpiewem, tańcem i balonami. Nie wystarczy nie napieprzać się z faszolami. Widocznie ta droga jest nieskuteczna. Stojący obok mnie anifowcy zbrodniczo stali. Faszole patriotycznie rzucały kamieniami. Koszt zniszczenia MDM już proponuje się podzielić na pół. Albo niech płacą sami Kolorowi, albo jeszcze lepiej Niemcy, którzy prowokowali zza krat. Mam dobrą radę na przyszły rok. Szanowne antifowe lewaczki – w przyszłym roku ewakuujcie się z miast, gdzie będą rozgrywane mecze w ramach mistrzostw. Co by się nie stało – będzie na Was.

czwartek, 10 listopada 2011
obŻYDliwość

Przygotowania do 11 listopada są na ostatniej prostej. GW publikuje wypowiedzi organizatorów kolorowej..., blogi huczą, spotkania i koncerty odbywają się tu i ówdzie, a mnie nieodmiennie kurwica trafia po przeczytaniu wpisów lub wypowiedzi „twarzy” niektórych spośród sygnatariuszy porozumienia i osób inicjatywą zainteresowanych.

Dzisiejszego popołudnia w Sempo odbyła się debata organizatorów dwóch piątkowych manifestacji. Wynudziłem się jak mops! Nie mam tu pretensji do moderacji czy raczej braku moderacji. Z takimi zaprawionymi w bojach medialnych wyjadaczami uczniowie LO mogli sobie nie poradzić – mają doświadczenie na przyszłość. Pretensje mam do Sutowskiego, który monologował  o autorach i tekstach, których nikt nie zna, a osoby znające je, no właśnie, znają. Mam pretensje do Winnickiego... A nie – do niego nie mam, bo mówił dokładnie to, czego się spodziewałem. Czyli że MW to organizacja paraskautowska, co to drużynowy jest wśród nich, ognisko płonie i szumią knieje.

Ale nie o tym. W art. GW pojawiła się opinia Wojtka Szota. Aż mną zatrzęsło. Wychodzi bowiem na to,  że jestem frajerem, który jest gotów popierać lemminga in spe, który za wszelką cenę chce wejść do organizmu społecznego, ze wszystkimi jego bagażami i przepisami. Wyłuszczam po kolei, bo sprawa jest zawiła:

1.       Na Abiekcie pojawił się wpis traktujący o pożądanym wprowadzeniu ślubów par jednopłciowych. Ślubów, czyli ceremonii przed urzędnikiem, które mnie zasadniczo śmieszą i którymi pogardzam. Ale spoko – ktoś chce założyć rodzinę w klasycznym tego słowa znaczeniu, jego prawo. Mi to nie szkodzi, zatem to popieram. Czy nie szkodzi? Rozszerzenie idei związków partnerskich na takie quasi-śluby może powodować ich sprzeczność z konstytucją. Dlatego proponuje się teraz ograniczenie projektu ustawy o związkach partnerskich ino do jednej płci. Uprzejmy byłem ten pomysł  zjebać jako jeszcze mniej realny niż sama zmiana konstytucji. Za homikami nikt się nie wstawi w sejmie. Społeczeństwo mamy bowiem pasywne, które jeżeli występuje, to występuje w swoim interesie. W interesie heteryków nie jest ustawa o związkach partnerskich dla par jednopłciowych, dlatego heterycy położą sobie na projekt laskę. Dlatego, wbrew pozorom, uzyskanie 2/3 do ewentualnej zmiany konstytucji może być łatwiejsze niż ½ do wprowadzenia homikowego projektu. Ale o tym już pisałem.

2.       Z wypowiedzi Szota dla GW wynika, że jest legalistą. I chwała mu za to! Pod jednym warunkiem: blokady na marszu są odpowiedzią na nieprawidłowości prawne lub praktyki sądowe w odniesieniu do propagowania faszyzmu. Cała bowiem idea stojąca za marszem niepodległości polega na puszczaniu oka - ONR puszcza oko do pozostałych organizatorów, że to grzeczna prawicowa organizacja polityczna; pozostali organizatorzy puszczają oko do ONR, że właśnie tak to rozumieją; faszole w gajerkach puszczają oko do organizatorów, że rozumieją i będą grzeczni (odbiją sobie w Białymstoku); a „przypadkowi” uczestnicy puszczają oko do organizatorów, że to zwykła manifestacja patriotyczna. Tym samym marsz staje się strasznie puszczalski.
Gdyby państwo funkcjonowało właściwie i aresztowało łysych rzucających racami w blokujących, i goniących z kijami licealistkę z bębnem, wówczas nielegalna bokada byłaby co najmniej nieuzasadniona. Ale tak nie jest. Policja aresztuje berserkera-Biedronia, a dzikowy spędza miłe kilka godzin pod wycelowaną weń armatką (w szalenie sympatycznym towarzystwie nauczycielek renomowanych szkół, na które Was nie stać).
Co w odpowiedzi na Oboźną i blokadę robi Szot en consortes? Otóż oficjalnie dekaruje udział wyłącznie w legalnym wiecu.

3.       Z obserwacji blogów homikowych dochodzę do smutnego wniosku, że prowadzą je lemingi pragnące za wszelką cenę wejść w objęcia tłuszczy, oczywiście na równych zasadach.  Właśnie te równe zasady starają się wywalczyć. W momencie przyznania prawa do ślubu, adopcji itd. znikną i przestaną stanowić wartość dodaną. Zasiądą przed TV i zaczną kontemplować śmierć Hanki M. Dlatego nie chcą utożsamiać się z blokadą, która ex definitio jest nielegalna. Zbyt długo znajdowali się poza mainstreamem, żeby teraz na własne życzenie się z niego wykluczać. To egoistyczne, a zatem zbliżające do poglądów organizatorów marszu... – jestem dumny z tego, że urodziłem się Polakiem i z tego tytułu należą mi się szczególne prawa. Jestem dumny z tego, że urodziłem się homoseksualistą i z tego tytułu etc.

4.       Podejrzewam że osoby uczestniczące w „Kolorowej...” na pół gwizdka nie zrozumiały faktycznego przesłania tej inicjatywy. Tu nie chodzi o zablokowanie ONR! Tu nie chodzi o sprowokowanie zadymy, tu nie chodzi o pokazanie, że narodowcy wykluczają, biją itd.
To jest walka o przestrzeń społeczną. Albo my, albo oni. Chodzi o prawo do wyartykułowania swojej wizji społecznej. W tej przestrzeni będziemy mogli funkcjonować, jak sobie wywalczymy. W 3. tomie „Achai” A. Ziemiańskiego było bardzo ważne sformułowanie: kto nie był dziś na tym placu, ten nie zrobi interesu. O to właśnie chodzi. Wygwizdujący faszyzm na pół gwizdka Szot itp. próbują najpierw wydrapać przestrzeń na cudzych barkach, a potem zagarnąć ją dla siebie, „bo się należy”. A to może nie być już takie proste. Nowy projekt ustawy o związkach partnerskich to potwierdzi. Howgh.

A Czemu nie piszę o faszolach? A o czym?

wtorek, 25 października 2011
Ustawa o związkach pedalskich

 Wrzucam tytuł wpisu, zanim mnie ktoś z psychiatryka 24 uprzedzi - niniejszym tytuł jest zaklepany i homofobskie paszkwile musicie zatytułować inaczej. :)

A skąd się wziął? Otóż wymyślił go Palikot, który w obawie biedroniowej o zgodność  projektu ustawy o związkach partnerskich z Konstytucją zaproponował ograniczenie projektu li tylko do par jednopłciowych. Ba, jeszcze się tym chwali, podobnie jak „Miłość nie wyklucza”. Do piątej rano czekałem na komentarz, którego się spodziewałem i się nie doczekałem. Widać zawiedzeni heterycy spali, ale dziś zostałem powitany spodziewanym komentarzem. Cyt. „Ale państwo powinno też zapewnić minimum godności parom, które NIE CHCĄ formalizować związków, a potrafią dowieść, że są ze sobą od lat.” Ototo. To był (bo już nie jest, chyba że Kalisz przekona sz.p. pos. Palikota z sz.p. pos. Biedroniem) sposób na przeforsowanie w pewnej perspektywie czasu projektu gwarantującego możliwość zawarcia prawnego, ale nieformalnego związku PAROM.

W chorej demokracji, bo taką właśnie jest ta nasza, polska! (uwielbiam to sformułowanie :) mniejszość może uzyskać korzystne dla siebie zapisy prawne tylko w trzech sytuacjach:

1. Emituje dużo toksycznych związków lotnych paląc opony w miejscach do tego nieprzeznaczonych;

2. Narzucają nam to przepisy międzynarodowe, dlatego nie można bezkarnie podpalać domów takim Romom, mimo że wielu ich nie lubi, a większości są obojętni;

3. Mają poparcie większości.

Palikot proponuje likwidację warunku trzeciego, co przy niewypełnieniu pozostałych dwóch zapewnia jeszcze długie leżakowanie/wałkowanie projektu, który będzie regularnie odpadał w imię kompromisu (dzięki za ciekawą analogię - @ Abiekt). Dodatkowo gwarantuje zabetonowanie podziału na homiki i heteryków, gdyż ustawa o związkach par jednopłciowych jest takim samym prawnym szufladkowaniem jak ustawy dotyczące niepełnosprawnych. Mamy specjalną, nienormalną grupę społeczną, znajdującą się w nienormalnej sytuacji i dlatego potrzebna jest oddzielna ustawa. To tyle w temacie stygmatyzacji.

Z lektury różnych osób i grup udzielających sie na homikach dochodzę do konkuzji, że (niech mnie ktoś poprawi) projekt ma zapewniać możliwie szerokie prawa, nie stygmatyzować i być wprowadzony szybko. Zatem radzę wyjechać, bo na raz spełnione mogą być tylko dwa z trzech warunków.

1. Projekt „wąski” – nie zapewni szerokich praw, ale można go zastosować również do konkubinatów różnopłciowych. Będzie zatem miał szanse na szybkie wprowadzenie (zgodny z Konstytucją) i będzie miał poparcie (uwaga!) wszystkich nią zainteresowanych, czyli w 90% heteryków, głównie młodych, wykształconych, z dużych miast. Owe 90% spędzało sen z powiek PO, która nie mogła po prostu sobie tej umowy zlać. Teraz, dzięki Palikotowi, problem sam się rozwiał – heterykom nie tylko nie będzie zależeć na poparciu ustawy. Część oleje, a część po prostu z wkurwu strzeli focha.

2. Projekt „szeroki” – niezgodny z Konsytucją, która coś tam o związku kobiety i mężczyzny itd. Tutaj konieczna byłaby zmiana ustawy zasadniczej, ale na korzyść: pełnia praw dla homików i heteryków; poparcie heteryków; brak stygmatyzacji, wszak ustawa dotyczy wszystkich par bez względu na płeć. Ino nie wejdzie za szybko.

3. Ustawa o związkach par jednopłciowych – jak już wspomniałem traci poparcie większości swoich dotychczasowych zwolenników, dzięki czemu PO może ją po prostu olać. Nie wpłynie znacząco na sondaże, szczególnie że w ostatniej kampanii homiki zagłosowały raczej na RPP. Dodatkowo stygmatyzuje. Tak, specjalna ustawa dla homików, bo są „jacyś inni”. Dlatego nie przejdzie, w przeciwieństwie do powyższych, w odniesieniu do których PO musiałaby zając jakieś stanowisko.

Będę śledził, będę popierał każdy projekt, bo albo mi na nim zależy, albo przynajmniej jest (ten trzeci) obojętny przy życzliwym nastawieniu. A procedowanie każdego, przy tak nieoczekiwanych zwrotach, zapewni mi ubaw po pachy na jeszcze dobrych kilka miesięcy.

Smeranie się żuchwą po rozporku (a.k.a. opad szczęki)

Pisałem już kiedyś, że zgodnie ze wszelkimi prawidłami statystyki, w każdej branży muszą pracować idioci. Nie wyłącznie i pewnikiem nie w nadmiarze (nie licząc stanowisk kierowniczych). Podejrzewam przy tym, że (to już niezgodnie z żadnymi prawidłami, poza obserwacją i ograniczoną dedukcją) rosnące uprawnienia powodują czemuś odpływ zdolności krytycznego myślenia lub myślenia w ogóle. Zauważyliście? Może to moje subiektywne odczucie, ale osoby, które uważałem za wcale inteligentne, oczytane, otwarte i w ogóle emejzing, po awansie zawodowym / majątkowym / politycznym / społecznym* szybciej lub wolniej głupieją (ostatnio winienem dodać zmianę stanu cywilnego, ale to wpis na „po rozmówieniu się z podmiotem”, żeby nie obsmarowywać za plecami).

----

* niepotrzebne skreślić

Ostatnio przykładów mamy aż nadto. Z jednej strony mieliśmy wybory, a więc radochę dziennikarzy przytaczających co błyskotliwsze bonmoty kandydatów. Podczas tej kampanii po raz pierwszy poczułem się staro - gdy wysłuchiwałem zabawnego jąkania się debiutantów od Palikota. Ot, taki miły akcent. :)

Z drugiej, zaraz po wyborach, mieliśmy wyniki, a zatem potwierdzenie statystycznej miałkości intelektualnej połowy bliźnich moich i rodaków, którzy jednak na coś zagłosowali. I krzyżyk Wam na drogę, jeżeli zagłosowaliście w pełni przekonani o słuszości swojego wyboru (tutaj głównie pro PiS). Całej reszcie, która zagłosowała przeciwko PiS lub w ogóle przeciwko klasie politycznej, współczuję. Zagłosowaliście wbrew sobie. Rozumiem, że żony/mężów, samochody i mieszkania też bierzecie takie, jakie się akurat nawiną.

Ale nie o tym. Bo na horyzoncie pojawił się drugi przykład głupoty nieprawdopodobnej. A mianowicie pokerek.

Od samego początku uważałem tzw. ustawę hazardową za mydliny do oczuf. PO swoim zwyczajem umiejętnie odwróciła uwagę od tajnych rozmów nekrofilnych i przy okazji zdusiła kolejny przejaw inwencji społecznej. Wylano dziecko z kąpielą, bo zamiast ograniczyć przewalanie forsy na automatach (to da sie obejść) i zrobić dobrze branżowym grupom nacisku (to przy okazji?) zlikwidowano jeden z fajniejszych sposobów pozyskiwania przez organizacje trzeciego sektora małych kwot na prowadzenie własnej działaności. Mam tu na myśli konkursy, turnieje, loterie fantowe itd.

Na początku optymistycznie sądziłem, że przepis będzie kolejnym przypadkiem psucia praworządności, podobnie jak ma to miejsce w przypadku przysług sąsiedzkich, barteru itd. Teoretycznie każde wyniesienie śmieci staruszce spod 45. powinno być przez nią wycenione po cenach rynkowych, a ona sama powinna odprowadzić od tego podatek – wszak to jej zysk. To samo dotyczy wszelkiego wolontariatu, którego wartość rynkowa w przypadku każdej inicjatywy idzie w tysiące i dziesiątki tysięcy złotych. O ile pamiętam, w odniesieniu do tamtych przepisów MinFin stwierdziło, że łaskawie przymknie oko i ścigać nie będzie. Z jednej strony dobrze, bo NGO dostały sygnał, że nie pójdą z torbami i nie puszczą z torbami beneficjentów swojej działalności. Z drugie źle, bo ministerstwo samo przyznało, że będzie olewać  przepisy.

W przypadku hazardówki wydaje się, że nie będzie tak lekko. Dlatego znikną loterie na schroniska, bezdomne zwierzaki, bezpańskie dzieci i inne organizmy w potrzebie. Nie będzie też konkursów przy okazji wydarzeń kulturalnych, a turnieje, mistrzostwa itd. będą zamierać, bo nikt nie będzie już miał pewności, czy siedzący po drugiej stronie planszy do Scrabble, Carcassonne, Madżonga, Veto, tysiąca itd. smutny pan jest smutny, bo przegrywa czy to po prostu jego choroba zawodowa i za chwilę wpadną celnicy, którzy od czasów chrystusowych nie są szczególnie poważaną grupą zawodową. Z konieczności – planując przecież produkcję muffinek na potrzeby świńskiech choróbsk – sprawdziłem sobie ustawę od góry do dołu i odwrotnie, i doszedłem do smutnego wniosku: Pierdolę, nie będę rejestrował loterii babeczek łącznej wartości 30 PLN (surowce), z których w loterii można uzyskać kwotę i tak niższą od wartości rynkowej włożonej w ich upieczenie pracy. Za tę pracę mi US i UC nie zwróci. Pierdolę, nie będę rejestrował konkursu, który jest w zasadzie samograjem, ale organizacja całej oprawy zajmuje dziesiątkom osób setki nieodpłatnych godzin. Po prostu ich nie zrobię. Zawiedzone dzieciaki odeślę na Świętokrzystką, gdzie rzecznik MinFinu będzie mógł im wytłumaczyć, jak to dzięki ustawie hazardowej zostały uratowane przed i hazardem, i piekłem zarazem. Ciekawe, jak wytłumaczy to zwierzętom? Ciekawym też, jak wytłumaczy wcale niegłupim ludziom, którzy widzą, że robią ich w człona? Chociaż nie. To ostatnie cofam. Wszak Platforma znowu wygrała, znaczy jest ok.

wtorek, 04 października 2011
Aaaaaaaby ugotował żabę

 

W NY protestowali i w liczbie 1500 chłopa i baba zablokowali most. Miejska policja miasta wynajętego przez Wall Street aresztowała, to demonstranci się wskutek tego rozmnożyli i w liczbie 2 tys. zablokowali komisariat. To jeszcze nie ta skala, ale coś zaczyna się dziać.

W Hiszpanii protestowali. Rozstawili namioty na Puerta del Sol w Madrycie i urządzili długi piknik wkurwu. Pardon, „oburzonych”, od czasu do czasu w liczbie wielu tysięcy. Policja ich usunęła z okazji przyjazdu szacownego Benedykta od macantów ministrantów.

W Grecji protestowali. Długo i burzliwie, i po wielokroć. Tam frekwencja szła w dziesiątki i setki tysięcy.

W Londynie protestowali. Mam na myśli studentów, ale późniejsza demolka miasta też nie wynikła z niczego. Frustracja pozbawionej perspektyw młodzieży w końcu się ulała. Tutaj też frekwencja szła w tysiące.

W Polsce demonstrują: w obronie praw lokatorów – kilkadziesiąt osób; przeciwko GMO – kilkadziesiąt osób. Ale zaraz, w przypadku poważniejszych lub bardziej ogólnych problemów protestują całe setki –w marszu pustych garnków wzięły udział setki aż dwie. W centralnej manifestacji w czasie dni gniewu społecznego wzięło udział... 350 osób!

Wnioskuję zatem, że Polacy, na tle pozostałych Europejczyków, częściej mają pracę, własne mieszkanie, niskie czynsze i opłaty, dość kasy. A może po prostu są tak znieczuleni, że wszystko im jedno – gigantyczny zryw solidarnościowy nic nie dał, tylko świnie przy korycie się zmieniły, a i to nie wszystkie.

Do tematu. Ostatni tydzień przed wyborami. Aż się trzęsę z podniecenia na myśl, że oto wydrukowany i wycięty Wielki Przedwieczny swoją podobizną zaszczyci kartę wyborczą. Droga do takiego postanowienia była długa i pokrętna. Przyznam szczerze, że w żadnej dotąd kampanii przed wyborami do parlamentu nie obrażano mojej inteligencji do tego stopnia. To już nie jest nawet przedszkole. Dwa tygodnie temu uznałem, że kandydaci obiecali mi już wszystko co chciałem, a nawet czego nie chciałem, bo mi wyobraźni nie starczyło – te wtyczki w biurkach Grzesia mnie urzekły. Dlatego nie ma sensu dalej emocjonować się festiwalem pustych obietnic, nie muszę czytać zatem bieżących informacji, a potencjalny obiecany przez którąś z partii kosmodrom? (pomysł by Dzikowy) z pewnością pojawi się w dziale technologicznym, więc raczej go nie przegapię.

Dlatego nie czytam, nie słucham, widzę tylko nagłówek i wrzucam komentarz że temuitemu nie wierzę. Bo nie wierzę. Sami nie wyglądają na przekonanych.

Na początku tej ewolucji w stronę Przedwiecznych były wybory prezydenckie. Luba stwierdziła, że nie zagłosować na Grzesia z tymi jego jabłuszkami, to jak kopnąć szczeniaczka. Bo on tak się stara. Zatem pierwszy był Sojusz. Potem był etap byle nie POPiS, a to wskutek dosyć ciekawych zabiegów partii podobno liberalnej, co to podsłuchuje, niezgodnie z prawem zamyka sklepy z dopalaczami, próbuje przycinać internet, blokuje dostęp do informacji publicznej (to ostatnio), a wcześniej nie udaje nawet, że nie chce konsultować sprzedaż SPEC-u z kimkolwiek. Zrobiło mi się duszno od tej wolności.

W tym momencie właśnie Grześ zaczął grać w rosyjska ruletkę pistoletem Glocka. Wywalać ludzi, których lubię lub cenię, wsadzać swoich przydupasów, których nie cierpię za przydupasostwo, opowiadać nieprawdopodobne brednie, organizować debilne happeningi, angażować się nieprzemyślane inicjatywy. Grześ wypchnie SLD w niebyt. Jest tak samo dobry pod tym względem, jak Miller, ale Miller zaczął zjeżdżać dopiero po wyborach. Tak czy inaczej SLD odpadło.

PPP nie brałem pod uwagę w ogóle. Mają na listach szczerbato-chrobrych, a jak połączyć nacjonalizm z socjalizmem, to wychodzi znajomy koktajl. Nie i amen!

Na scenie pojawiło się coś nowego. Nawet bardzo nowego, bo kandydatów od Palikota nie znam, nawet trudno namierzyć wcześniejsze o nich informacje. Przed kamerami wypadają nieporadnie, wypowiadają się nieskładnie, pocą się tremują. I to jest, wbrew pozorom, zaleta! Ale jedno „ale”: Palikot ma partię Palikota z Palikotem w nazwie. To problem, bo od samego początku zakłada wodzowski charakter organizacji. A to już znam. W zasadzie obecnie nic nie stoi na przeszkodzie, żeby do parlamentu powrzucać tylko liderów partii z proporcjonalną do wyniku wyborów siłą głosu. Jaka oszczędność na dietach! Przecież tak właśnie to wygląda, jeżeli wszystkie kandydujące partie są partiami wodzowskimi – jest lider, jakiś tam komitet polityczny, który wcale nie musi składać się z parlamentarzystów. Zróbmy triumwirat?

I już nikogo nie ma? Skończyła się krótka ławka, wszyscy okazali się niegodni. Tutaj poważnie zacząłem rozważań oddanie nieważnego głosu na najbardziej niegodnego, zepsutego, obrzydliwego, ale wszechpotężnego, mającego większe doświadczenie w praniu mózgów niż PR platformy.

Teraz zmieniłem zdanie i wbrew sobie i wszystkim swoim przekonaniom pójdę i zagłosuję... na Jarka! Już tłumaczę czemu:

Platforma udowodniła mistrzostwo w powolnym podnoszeniu temperatury pod garnkiem z żabą w środku. Niewiele osób odczuwa, że pętla w końcu się zadzierzgnie, że powolutku pełznie sobie wzrost etatyzmu i oddziaływania państwa. Nie tylko mam na myśli rosnącą liczbę urzędników – chodzi mi raczej o nowe uprawnienia dla policji i innych służb mundurowych, cięcie socjalu, gnojenie samorządów, nieliczenie się z NGO. Rośnie rozwarstwienie dochodów, rosną obciążenia i opłaty, a mimo to nikt nie protestuje! Żaba za wolno podgrzewana.

Zawsze uważałem, że PiS od PO różni tylko szczurzy ogon, czyli PR. Mentalnie, strukturalnie, ideologicznie (gdzie tu ideologia?) są to tak samo zamordystyczne organizacje. Z tym, że PiS, z powodu cech charakteru Jarka, robi strasznie dużo hałasu i strasznie dużo błędów. Forsowane przez PiS pomysły albo nie przechodzą, bo próby są po prostu nieudolne, bo budzą sprzeciw społeczny, bo dużo osób jest wyczulonych na działanie tych pojebów i niedojdów. PiS jest złym bratem PO – kulawym, parchatym i niedorozwiniętym. Dlatego wolę PiS: im po prostu nie wychodzi.

PiS ma też inną bardzo cenną cechę. Wkurwia. Nasze kochane polactwo powinno wreszcie ruszyć na ulicę, stać się widzialne, pokazać, że trzeba się politykom grzecznie zachowywać tam – na Wiejskiej, albo nie tylko przegrają wybory, ale dostaną po prostu wpierdol. Jestem w stanie wytrzymać Jarka przez jakiś czas (nie cztery lata – z braku innych ludzi gotów pokłócić się ze sobą i skrócić kadencję), ale korzyści mogą być nieprawdopodobne, rewolucyjne wręcz. Gdyby PO dostało odpowiednio mało, a PiS odpowiednio dużo, to mielibyśmy regularny mniejszościowy burdel absolutnych antagonistów i to nie z powodu różnic, ale podobieństwa właśnie. I wtedy albo powstałby POPiS – a Polacy nie lubią rządów jednej partii, albo byłaby regularna napieprzanka wszystkich ze wszystkimi. W obu przypadkach może by się wreszcie ludzie przebudzili i zaczęli coś robić w swoim imieniu.

Szanse takiego podziału głosów są niewielkie, ale zaryzykuję. Naprawdę do stracenia jest niewiele, wszyscy stanowią tak samo zły wybór. Wydaje mi się jednak, że Polacy za słabo dostali po dupie i przyda się terapia szokowa. Sprzeciw względem establishmentu to palikotowcy i niegłosujący. To dużo. Teraz tylko trzeba ich przekonać, że na wyborach demokracja się nie kończy. Ona tam się zaczyna.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7